***
Gdy w IX w. dotarli tu pierwsi osadnicy – wikingowie – zastali ciężkie warunki: chłód, wulkaniczną skałę, wiatr, deszcz i śnieg. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło.
Islandia wciąż słynie z nieprzewidywalnej, srogiej aury. Krótkie, trwające niewiele ponad dwa miesiące lato może okazać się niewystarczające, by naładować akumulatory na pozostałą część roku. Gdy lato się kończy, na Islandii znów robi się zimno, ciemno i ponuro.

Geologiczne brzemię

Te pogodowe zawirowania to efekt walki dwóch mas powietrza: zimnego i suchego z północy z wilgotnym i ciepłym z południa. Walka ta jest na tyle burzliwa i nieprzewidywalna, że prognozy na wyspie rzadko się sprawdzają. Mimo to Islandczyków nie opuszcza dobre samopoczucie.
"Leje? Wieje? Nie martw się! Poczekaj 15 minut, za chwilę wyjdzie słońce i wtedy zrobi się tu naprawdę przepięknie" – mówią z uśmiechem. I tak w rzeczywistości jest.
Ten wielki kawał lawy położony na Grzbiecie Północnoatlantyckim jest symbolicznym miejscem, gdzie stary świat ściera się z nowym. Przez środek Islandii przebiega bowiem geologiczna granica wielkich płyt oceanicznych: północnoamerykańskiej i euroazjatyckiej, które napierają na siebie z energią ok. 2 cm na rok. Czy to dużo?
Wystarczająco, by na Islandii wyrosło ponad 140 wulkanów, a mieszkańcy Reykjavíku mieli w kranach gorącą mineralną wodę, o nieco piekielnym zapachu.
Prezentem dla turystów są z kolei miejsca, gdzie można dotknąć owych piekielnych mocy: pola wspaniałych gejzerów, czynne wulkany, na które można się wspiąć (jak np. Hekla), oraz liczne ciepłe źródła zamienione w spa.
To geologiczne i klimatyczne brzemię nie przeszkodziło (a może wręcz pomogło), by w rozmaitych rankingach kraj został uznany za najbardziej gorące i romantyczne miejsce, a sam Reykjavík – za Top Destination. I bądź tu człowieku mądry.
Wszystko jednak staje się jasne, gdy wjedzie się w głąb Islandii: ten pokryty lawą, nieprzystępny kraj w swej surowości jest po prostu obłędnie piękny. Jest namacalną definicją słów "widok zapierający dech w piersiach".

W stolicy

Poznawanie Islandii warto zacząć od stolicy. Centrum Reykjavíku to przytulny, zajmujący – dosłownie – trzy ulice na krzyż obszar, pełen drewnianych domków, niewielkich knajpek, sklepików z pamiątkami oraz wielkiego i świetnie wyposażonego centrum informacji turystycznej.
Foto: Thinkstock
Reykjavik, kościół Hallgrímskirkja
Blisko stąd do portu i pod słynną Harpę, a także do ratusza położonego nad malowniczym jeziorkiem Tjörnin, gdzie mieszkańcy i turyści karmią codziennie ponad 40 gatunków ptaków.
Najstarszy budynek w Reykjavíku – Fógetinn – pochodzi z 1752 r., a największą atrakcją jest kościół Hallgrímskirkja, z którego rozpościera się wspaniały widok na miasto.
Warto też udać się na przechadzkę wzdłuż zatoki: od wspomnianej Harpy aż po zbudowany w 1991 r. pomnik Sólfar (The Sun Voyager).
Jeszcze dalej, na wybrzeżu, po drugiej stronie ulicy, znajduje się słynny secesyjny budynek Höfði, w którym Regan i Gorbaczow uczynili kolejny krok w kierunku zakończenia zimnej wojny. Mieszkańcy stolicy spotykają się z kolei co niedzielę na słynnym pchlim targu, w budynku naprzeciwko portu. Warto zajrzeć tu w poszukiwaniu autentycznych islandzkich pamiątek.

Na południe

Z Reykjavíku najlepiej ruszyć na południowe wybrzeże i dalej – na wschód – w poszukiwaniu lodu i ognia, dwóch żywiołów, które co rusz ścierają się w walce o palmę pierwszeństwa. By je znaleźć, warto wynająć samochód i w ciągu 10 dni – to optymalny czas – objechać wyspę dookoła.
Już niespełna 100 km na południowy wschód od stolicy, w okolicach wulkanu Hekla, znajduje się ulubiony przez turystów górskich region Landmannalaugar. To świetna baza wypadowa na jedno- lub kilkudniowe wycieczki.
Po drodze czekają na nas atrakcje geologiczne, pola lawy, obłędnie kolorowe krajobrazy, wulkaniczne jeziora i wspaniałe panoramy. Najpopularniejsza jest długa na 55 km trasa trekkingowa Laugavegur.
Liczne rzeki lodowcowe od czasu do czasu niszczą na południu drogi i mosty, ale od tysiącleci budują też najpiękniejsze wodospady, jakie widziało ludzkie oko.
Przecinający ogromne, bazaltowe słupy Svartifoss czy spadający swobodnie z 60 m Seljalandsfoss to dwa przykłady wodospadów takiej urody, że po nich ciężko zachwycić się innymi.

Kuce jak pieski

W drodze na południe warto zatrzymać się też przy którymś z ogrodzonych pastwisk i poczekać, aż do ogrodzenia podejdą islandzkie kuce – uznawane za protoplastów koni, przywiezione na wyspę przez wikingów.
Odporne, wspaniałej urody są wytrzymałe i łagodne. Idealnie nadają się do pracy w ciężkich warunkach. Co ciekawe – bardzo lubią kontakt z ludźmi. Niczym pieski podbiegają i każą się głaskać, drapać za uchem i karmić trawą.
Islandzkie pastwiska okupują też niewielkie stada owiec. W sumie jest ich na wyspie dwa razy więcej niż mieszkańców, czyli ponad 600 tys. Jeśli ktoś odwiedzi Islandię we wrześniu, ma szansę uczestniczyć w spektakularnym spędzie owiec w doliny. W akcji uczestniczą nawet helikoptery!
W takim miejscu można się przekonać, że to właśnie przyroda jest największym skarbem wyspy. Jeśli ktoś myśli, że widział już wszystko i nic go nie zaskoczy, na Islandii zmieni zdanie.
Latem kobierce mchów mienią się odcieniami zieleni niespotykanej nigdzie indziej, a w słynnej lodowcowej lagunie, na południu, wielkie, błękitne góry lodu spływają lodowcowymi rzekami do morza (można podziwiać to zjawisko z pokładu motorówki przepływającej całkiem blisko lodowca).
Aktywni turyści mogą też zafundować sobie trekking na lodowiec Vatnajökull i zobaczyć lodowego olbrzyma od środka. Dosłownie.

Filmowe plenery

Na południowym wybrzeżu zaskakujące wrażenie robią szerokie, czarne jak smoła plaże, nad którymi górują strome klify i trawiaste stoki zamieszkane przez ptactwo – w szczególności ikonę Islandii, wesołego maskonura.
Jadąc dalej na wschód, mija się region pocięty malowniczymi fiordami, z niewielkimi osadami, często liczącymi zaledwie kilka kolorowych domów. To urocze miejsce, w którym – jeśli ktoś ma czas – warto spędzić nawet kilka dni i z aparatem w dłoni polować na piękne ujęcia. Jeśli oczywiście pogoda na to pozwoli.
Foto: Thinkstock
Krajobraz Islandii
Ze wschodu tylko kilka godzin jazdy dzieli nas od słynnego rejonu wulkanicznego Námafjall w okolicy jeziora Mývatn. Pełno tu niewielkich gejzerów, pól z wulkanicznym błotem i wyziewami siarkowymi. Króluje tu nieco piekielny zapach i krajobraz – żółto-brązowych, dymiących pól i wzgórz.
Okolicę warto obejrzeć z pokładu awionetki. Widać wówczas i zielononiebieskie jezioro, i liczne pseudowulkaniczne kratery, którymi upstrzona jest okolica.
Jezioro jest świetną bazą wypadową nad przepaść islandzkiego olbrzyma – wodospadu Dettifoss. Tutaj właśnie rozgrywała się kulminacyjna scena z "Prometeusza" Ridleya Scotta. Nie tylko Scott jednak upodobał sobie Islandię. Także twórcy kultowego już serialu "Gra o tron" wiele scen, które dzieją się za słynnym murem, ulokowali właśnie na śnieżno-lodowych pustkowiach Islandii.

Dla fanów 4WD

Pętla dookoła Islandii, uzupełniona o marynistyczne atrakcje północy – jak chociażby podglądanie waleni w Húsavíku czy koni na farmie w okolicach Akureyri – obejmuje tylko część walorów Islandii.
Wracając z objazdu wyspy do stolicy, można zahaczyć – jeśli ktoś ma jeszcze kilka wolnych dni – o bardzo fotogeniczne fiordy zachodnie, stanowiące wręcz pocztówkową esencję Skandynawii.
Jednak prawdziwe obcowanie z Islandią zaczyna się wtedy, gdy zamiast wracać wprost do Reykjavíku, zjedzie się na północy z krajowej jedynki na chociażby kultową F35 – terenową drogę dostępną dla samochodów 4WD, przecinającą wyspę z północy na południe.
Trasa prowadzi zupełnymi pustkowiami i odurza krajobrazami. Na szlak warto przeznaczyć dwa dni – wówczas można nieco zboczyć z głównej trasy i wziąć się za bary z przeprawami przez lodowcowe rzeki i jazdę offroad.

Konstytucja przez internet

Każdy, kto był na Islandii, mówi, że chce tu wrócić. Więcej: że wróci tu na pewno. Mimo chwiejnej pogody i groźnych wulkanów, Islandia zaraża urodą krajobrazów i optymizmem mieszkańców, którzy – mimo ogromnego kryzysu ekonomiczno-politycznego sprzed kilku lat – nie zaczęli masowo zaglądać w kieliszki Brennivín, nazywanego pieszczotliwie czarną śmiercią, mocnego alkoholu o smak kminku.
Po bankructwie krajowej gospodarki nie wyjechali, ale wzięli sprawy we własne ręce i... napisali nową konstytucję, przez internet. Bez pomocy polityków.
Tym samym kraj jeszcze bardziej zbliżył się do politycznego ideału – demokracji bezpośredniej. A ta ma na wyspie długą tradycję, sięgającą 930 r., od kiedy to zgromadzenie ogólne, odbywające się na równinie Þingvellir, wybierało w bezpośrednim głosowaniu 63 członków parlamentu.
I może właśnie z tego powodu tak mało naszych rodaków zdecydowało się powrót do Polski w czasie minionego kryzysu? Bo fajnie się mieszka w kraju, w którym ktoś liczy się z głosem każdego obywatela. Prawda?