TRUDNY POGRZEB
Dariusz Kick
Pokój był skromnie urządzony i w większości spowity ciemnością. Pośrodku na podłodze ustawiono drewniane mary na których leżała trumna. Wokół niej rozstawiono cztery duże świece, które stanowiły jedyne źródło światła. Nieboszczka staruszka, skąpana w świetle świec wyglądała jakby spała. Jej przeorana czasem twarz wydawała się mocno wysuszona. Miała zapadnięte policzki i bardzo wąskie usta, zastygłe w kształcie kreski. Ubrana była na czarno, z rękami splecionymi na brzuchu a w palcach miała wpleciony różaniec, którego czarne paciorki skrzyły się w migotliwym świetle. Ciepłe światło świec powodowało, że w odleglejszych kątach pokoju mrok stawał się jeszcze ciemniejszy. Z prawej strony trumny klęczała rodzina Gruzów. Sześć pogrążonych w modlitwie postaci. Teresa była wnuczką zmarłej. Czternastoletnia dziewczyna miała poważną nadwagę, na jej pulchnej buzi malował się niepokój. Słowa modlitwy powtarzanej monotonnie na głos przez rodzinę, nie uspokajały jej, tylko wzmagały uczucie strachu. I nie chodziło tylko o to, że nie przepadała za swoją zmarłą babką, która prawdę powiedziawszy, za życia nie szczędziła jej cierpkich i niewybrednych uwag pod kątem tuszy dziewczynki. Tereska nigdy wcześniej nie miała tak bliskiego kontaktu z nieboszczykiem. Co prawda z pozycji klęczącej nie widziała babci a jedynie jej dłonie, które nieznacznie wystawały nieco ponad ciemną linią trumny, jednak nie zmieniało to zbyt wiele. Za życia serdecznie jej nienawidziła, po śmierci bała się jej. Od momentu, kiedy złożono jej ciało w pokoju, odczuwała jakiś dziwny lęk. Od tego momentu w domu zrobiło się cicho. Wszyscy mówili szeptem, starali się nie patrzeć sobie w oczy. No i ten pokój. Staruszka spędziła w nim ostatnie lata swojego życia. Zawsze panował w nim półmrok, ponieważ nie zgadzała się na elektryczność, jednak teraz ciemność wydawała się pochłaniać pokój z niepokojącą pazernością. Płomienie tańczące na świecach powodowały, że cienie drgały, poruszały się po pokoju jak niewidoczni i milczący żałobnicy, przybyli tutaj z zaświatów. Tereska przez cały czas czuła się tak, jakby ktoś ją obserwował. Z najciemniejszych zakątków pomieszczenia, do których nie sposób było dotrzeć wzrokiem. Co rusz ostrożnie odwracała nieznacznie głowę, jakby obawiała się, że coś ją dotknie. Jakaś zimna dłoń wyciągnięta nie wiadomo skąd. Jej czoło zrobiło się wilgotne od potu. Strach krążył nad nią jak stado kruków, wyczekując odpowiedniej chwili, żeby ją pochwycić. Starała się wsłuchiwać w zegar, którego monotonne tykanie zdawało się dla niej być tym, czym światło latarni morskiej dla spóźnionych kutrów na wzburzonym morzu. I właśnie wtedy usłyszała przekręcone słowa modlitwy, Zmoraś Mario. Ze zdumieniem i strachem otwarła szeroko oczy. Pozostali spojrzeli na nią z mieszaniną zaskoczenia i lęku. To były jej własne słowa. Zdała sobie z tego sprawę dopiero po dłuższej chwili ciszy, przerywanej jedynie tykaniem zegara.
Klęczący zastygli w bezruchu. Przenosili wzrok z Tereski na trupa i z powrotem. We wsi, w której mieszkali Gruzowie, przesądy były dość powszechne a ten z przekręconymi słowami modlitwy, był wyjątkowo mroczny. Żałobnicy byli tak zaskoczeni, że to się przytrafiło właśnie im, że nikt nie wiedział jak się zachować. Konsternacja trwała może jakieś czterdzieści sekund, kiedy zegar przestał tykać. Zapanowała niczym niezmącona cisza. Niepokój udzielił się wszystkim. Rozglądali się ostrożnie wokół siebie. Wymieniali ze sobą spojrzenia, ale nikt nie podniósł się z klęczek. Zaraz po tym w pokoju dało się słyszeć huk i trzask tłuczonego szkła, kiedy obraz wiszący w drugim końcu pokoju spadł ze ściany. Czesław, chociaż był gospodarzem, jedynym synem zmarłej i głową swojej rodziny, z trudem przełknął ślinę. Wiedział, że obraz, który spadł ze ściany przedstawiał Józefa i Maryję z dzieciątkiem Jezus. Groza zawisła w powietrzu. Zrobiło się zimno. Wszyscy to zauważyli. Można było odnieść wrażenie jakby klęczeli przy otwartej lodówce. Czesław chciał wstać, ale strach odebrał mu władzę w nogach. Kątem oka dostrzegł jak z ust Bożeny, jego żony wydobywa się delikatny obłoczek pary. Po sekundzie wszyscy to już zauważyli. Ich oddechy zamieniały się w kłębki pary. Temperatura w pokoju musiała spaść w dość znaczący sposób. Zaledwie wszystkie niesamowite fakty dotarły do ich sparaliżowanych strachem umysłów, kiedy płomień na świecy stojącej w nogach zmarłej, robił się coraz mniejszy i mniejszy aż wreszcie zgasł. Tereska poczuła jak po jej nogach spływa ciepła stróżka moczu. Nie panowała już nad swoim ciałem. Ciemna plama na spodniach powiększała się coraz bardziej. Była niemal przekonana, że zmarła za chwilę wyskoczy z trumny i zdzieli ją swoją zimną kościstą dłonią w twarz, wyzywając ją od spaślaków. Czuła jak zapada się w mrocznej otchłani, miała wrażenie, że za jej plecami kłębią się trupioblade ręce, które za chwile wciągną ją gdzieś w mrok. Pozostali wpatrywali się jak urzeczeni w trupa. Ciemność pochłaniała już niewielki fragment nieboszczki. Bożena płakała cicho, niemal bezgłośnie. Wtedy zgasła druga świeca. Ktoś westchnął głośno. Nieboszczka zdawała się znikać w coraz większej ciemności. Zupełnie jakby miała się rozpłynąć na ich oczach. Płomienie na pozostałych dwóch świecach zaczęły drgać coraz bardziej, jakby nerwowo, energicznie. Cienie jeszcze bardziej wydłużyły się, wprawione w ruch zaczęły skradać się po suficie, podłodze. Przerażeni żałobnicy rozglądali się dookoła. Chociaż wszyscy klęczeli bez ruchu w pokoju zdawał się panować coraz większy chaos. Dopiero, kiedy zgasła gwałtownie trzecia świeca, czemu towarzyszył jakiś dziwny dźwięk, jakby westchnienie, instynkt samozachowawczy wziął górę nad zebranymi i wybiegli ile sił w nogach. Bożena musiała niemal ciągnąć swoją córkę w stronę wyjścia.
W przedpokoju było jasno i mogli tam odetchnąć z ulgą. Czesiek zatrzasnął drzwi do pokoju i oparł się o nie plecami. Chociaż mierzył niemal dwa metry i miał dość masywną sylwetkę a we wsi znany był z ciężkiej ręki i charakteru, osunął się przerażony na podłogę nie odrywając pleców od drzwi. Na chwilę schował dłoń w swoich wielkich dłoniach, próbując pozbierać myśli, kiedy nagle krzyknął do swojego syna.
- Wiesiek, migiem leć po księdza.
Piegowaty dwudziestolatek wciąż jeszcze w szoku wybiegł jak strzała, niemal potykając się o pozostałych członków rodziny tłoczących się w przedpokoju. Tereska siedziała pod przeciwległą ścianą z kolanami podwiniętymi pod brodę. Wzrok miała pusty, kołysała się w tę i z powrotem. Bożena przyklękła obok i starała się ją uspokoić gładząc po białych, zaniedbanych włosach. W przedpokoju stała jeszcze Ula, siostra Czesława ze swoim mężem Lucjanem. Jej ręce drżały a w oczach można było wyczytać niedowierzanie. On chudy wysoki, z okularami o grubych szkłach, które komicznie powiększały jego oczy, teraz wytrzeszczone jeszcze bardziej. W innych okolicznościach jego wygląd byłby zabawny. Niestety okoliczności nie nastrajały nikogo do śmiechu. Jego gęsta czarna czupryna przy skroniach przyprószona była pasemkami siwizny, której jeszcze przed godziną zanim weszli do pokoju na czuwanie, nie było.
Nagle Czesław zauważył, że Ula pokazuje w jego stronę wyciągniętym palcem, jej twarz wyrażała coraz większe zdumienie, palec drżał. Spojrzał na nią pytająco. Chociaż jego siostra miała otwarte usta, nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Kiedy pozostali powiedli spojrzeniem w kierunku wskazanym palcem, odskoczyli odruchowo odsuwając się od Czesława. Ten zaskoczony zerwał się na równe nogi i odwrócił się. Drzwi prowadzące do pokoju, w którym leżała nieboszczka, pokryte były szronem, który od dołu piął się powoli w górę. Czesiek odskoczył z krzykiem, ale zaraz zmieszał się, tym niekontrolowanym wybuchem strachu. Widać było, że stara się trzymać fason. Jednak bardzo szybko jego zmieszanie zamieniło się w agresję. Podszedł do córki, która i tak zdawała się nie mieć kontaktu z rzeczywistością.
- To wszystko twoja wina – krzyknął i zamachnął się jakby chciał ją zdzielić w głowę.
- Zostaw ją w spokoju – Bożena odepchnęła męża zasłaniając jednocześnie córkę.
- Po cholerę ją bronisz – syknął w stronę żony – nic nie potrafi, nawet pacierza nie zmówi nie przekręcając słów.
- Jeśli do kogoś masz mieć pretensje, czemu nie do swojej mamuśki – odcięła się Bożena.
- Że co?
- Że gówno – krzyknęła – czemu nie winisz tej wiedźmy – spojrzała na niego wściekła.
- Ona nie żyje, idiotko – Czesław zbliżył się do niej poirytowany.
- Wygląda na to, że mamuśka nie zamierza nas tak szybko opuścić – jej głos drżał.
Ostatecznie emocje, które się w niej nagromadziły przez ostatnie minuty wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem i rzuciła się na drzwi okładając je pięściami.
- Zdychaj ty stara krowo – wrzeszczała – zostaw nas w spokoju.
Złapał żonę i odciągnął od drzwi. Bożena rozpłakała się, ale Czesław nie potrafił okazać jej żadnej czułości. Za nic nie przytuliłby jej przy ludziach, to nie leżało w jego naturze. Usiadła obok córki szlochając cicho. Wtedy z zamkniętego pokoju dobiegł ich jakiś dźwięk. Jakby coś upadło na podłogę. Musiało to być coś lekkiego, ale słychać było wyraźnie. Strach po raz kolejny złapał wszystkich w swoje objęcia. Tereska skuliła się jeszcze bardziej.
- No i coś narobiła? – Czesław doskoczył do Bożeny i po raz drugi podniósł rękę gotowy nią zdzielić żonę.
- Coś za łatwo przychodzi ci synu podnosić rękę – proboszcz wszedł do domu.
- Niech będzie pochwalony – rzucił zmieszany Czesław, opuszczając energicznie rękę.
- Na wieki wieków, amen.
Wiesiek wszedł zaraz po nim i zamknął drzwi. Ksiądz rozejrzał się wokół, i kiedy dostrzegł siwiznę Lucjana niemal podskoczył.
- Wszelki duch Pana Boga chwali – westchnął zaskoczony – co ci się stało synu?
Lucjan wytrzeszczał swoje oczy spod okularów, był jeszcze bardziej zaskoczony tym pytaniem. Proboszcz machnął ręką zniecierpliwiony i kazał się zaprowadzić do zmarłej. Nikt nie kwapił się do otwarcia drzwi. Proboszcz podszedł bliżej złapał za klamkę i jęknął odskakując w tył. Nic nie powiedział ściskając dłoń i krzywiąc się pod wpływem jakiegoś bólu. Drugą ręką sięgnął pod watowaną kurtkę, wysunął stułę i z jej pomocą złapał klamkę popychając drzwi, które z lekkim skrzypnięciem stanęły otworem. Świece nie paliły się, więc wewnątrz było ciemno, jedynie światło z przedpokoju wdzierało się nieznacznie do środka.
- Możecie włączyć światło? – Zapytał proboszcz.
- Nie – Czesław pokręcił głową – mama nie pozwoliła tu pociągnąć prądu.
Mówił cicho jakby w obawie, że obudzi zmarłą. Machnął głową na Wieśka i po chwili chłopak przyniósł świeczki, które rozdał wszystkim. Bożena została w przedpokoju razem z córką. Pozostali uzbrojeni w migoczące płomienie weszli głębiej. Natychmiast poczuli chłód. Podeszli do trumny. Nieboszczka leżała tak jak ją zostawili.
- Patrzcie tu – Wiesiek rozświetlił kredens stojący pod ścianą.
Mebel pokryty był białym szronem. Dopiero wtedy zauważyli, że podłoga i cała reszta również była zmarznięta. Ksiądz podszedł do miejsca, w którym na podłodze leżał potłuczony obraz. Przysunął świeczkę bliżej i zauważył na większym kawałku szkła odbicie dłoni. Jakby szkło pod wpływem tego dotyku zamarzło. Jednak nie był to kształt ludzkiej dłoni. Palce, które się na nim odbiły były nienaturalnie długie i chude. Poczuł jak ciarki przebiegają po jego kręgosłupie.
- Ksiądz dobrodziej podejdzie tutaj – Czesław nadal starał się mówić cicho.
Proboszcz otrząsnął się po swoim odkryciu i poszedł w kierunku pozostałych. Oświetlali leżący na podłodze różaniec. Podeszli do zmarłej i oświetlili jej dłonie. Nie było go tam.
- Rzuciła nim – jęknął Lucjan – Mój Boże, ona nim rzuciła – mówił jakby sam do siebie.
Wtedy do ich uszu dobiegło coś jakby westchnienie. Wymienili znaczące spojrzenia. Wiedzieli, że się nie przesłyszeli. Starczy głos był cichy, ale na tyle wyraźny, że nie było mowy o przesłyszeniu się.
- Myślę, że na razie powinniśmy wyjść – ksiądz starał się zapanować nad swoim głosem.
Mimo sześćdziesięciu lat w tym jakieś czterdzieści lat posługi, nie zetknął się z czymś takim. Czuł, że ma tutaj do czynienia z siłą, która go przerasta. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Zło było tutaj niemal namacalne. Wycofywali się instynktownie powoli, plecami do wyjścia, obserwując cały czas trumnę. Kiedy już byli przy drzwiach usłyszeli coś. Tym razem nieco głośniej. To był ten sam dźwięk. Westchnienie, chrapliwe i mrożące krew w żyłach. Próbowali oświetlić trumnę podnosząc wyżej świeczki, ale stali za daleko. Jedyne, co udało im się zobaczyć to jakiś ruch. Coś jakby cień, wyglądało to tak jakby nieboszczka próbowała podnieść głowę.
- Ja pierdolę – Czesław jakby zapomniał o obecności księdza – co mama wyprawia.
Proboszcz sięgnął nerwowym ruchem do kieszeni, z której wyjął kropidło, zrobił dwa kroki do przodu i skropił trumnę. Aż zaskwierczało, kiedy woda święcona dosięgła zmarłej. Następnie rozszedł się potworny smród, jakby ktoś rozlał gnojówkę po pokoju, przyprawiając wszystkich o mdłości. Obrzydliwy, intensywny smród drażnił nozdrza, ksiądz szeptał słowa modlitwy a Czesław z Lucjanem i Wieśkiem stali jak wryci ściskając w dłoniach swoje świeczki. Ula stojąca już niemal w progu zemdlała. Osunęła się po futrynie, Bożena wyciągnęła ją do przedpokoju i próbowała ocucić. Stojący mężczyźni byli w takim szoku, że w ogóle nie zwrócili na to uwagi.
- Wychodzimy – proboszcz ruszył w stronę wyjścia – powiedziałem, że wychodzimy.
Odezwał się na głos, widząc, że trójka jego towarzyszy stoi nieruchomo. Musiał wrócić i potrząsnąć niemal każdym z osobna. Dopiero wtedy ruszyli za nim.
- Nie ma czasu do stracenia – powiedział ksiądz zatrzaskując za sobą drzwi – synku, biegnij do kościelnego, niech leci na dzwonnicę, migiem – niemal wykrzyczał ostatnie słowo. Wiesiek wybiegł z domu.
- Biegnij po sąsiadów, potrzebujemy kilku silnych chłopów – proboszcz potrząsnął ramieniem Lucjana zanim ten zwrócił na niego uwagę. Mimo to wyszedł po kilku sekundach zawieszenia.
Proboszcz przyklęknął pod drzwiami i zaczął się modlić. Czesław stał i wpatrywał się gdzieś w dal z niedowierzaniem. Bożenie udało się już docucić szwagierkę, ale Tereska nadal siedziała w tej samej pozycji z kolanami pod brodą, nie było z nią kontaktu. Czesław jakby lunatykował, bez słowa podszedł do drzwi wyjściowych, otwarł je i zatrzymał się na ganku. Zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Dopiero po chwili jakby zdał sobie sprawę z tego gdzie się znajduje. Grudniowa noc była chłodna, choć śnieg nadal nie spadł. Z oddali ujadały psy. Szczekały wściekle, wyobrażał sobie jak szarpią się na łańcuchach. Spojrzał w gwieździste niebo i kilka kropel łez spłynęły po jego policzku. Wrócił do środka dopiero, kiedy dobrze wytarł twarz.
Ujadanie psów zagłuszyły kościelne dzwony. W nocy dźwięki rozchodziły się szerokim echem, wybudzając niemal całą wieś. Tuż po tym jak rozdzwoniły się dzwony, do domu Gruzów przybiegło kilkoro mężczyzn przyprowadzonych przez Lucjana. Rozglądali się zaskoczeni widząc miny gospodarzy. Proboszcz przerwał modlitwę i zebrał ich wokół siebie. Rozmawiali chwilę, po czym skinął na Czesława, dając mu do zrozumienia, że nadszedł czas. Ten podszedł bez słowa do drzwi i otwarł je na oścież. Kiedy mężczyźni weszli do pokoju, natychmiast przywitał ich przejmujący chłód. Rozejrzeli się po pokoju i stanęli niepewnie przy trumnie. I tym razem świece nadawały niesamowity klimat pomieszczeniu. Na znak proboszcza przykryli nieboszczkę wiekiem trumny i dokręcili je mocno, po czym z lekkim wahaniem podnieśli trumnę.
Sześciu mężczyzn z niewyraźnymi minami wyniosło trumnę z domu Gruzów. Rodzina ruszyła za nimi. Proboszcz szedł na czele tego niezwykłego konduktu. Z mijanych domów wychodzili ludzie i dołączali do pochodu. Szczekanie psów zamieniało się w przejmujące wycie, tak było z każdym zwierzakiem, którego gospodarstwo mijali. Drogę rozświetlały im z rzadka rozstawione latarnie uliczne, wspomagane światłem księżyca. Był to niecodzienny widok, kondukt żałobny o północy, pospiesznie zmierzający do kościoła. I w pewnym momencie, kiedy do celu mieli jakieś sześćset metrów, kolana ugięły się pod nogami niosących trumnę mężczyzn. Jęknęli zgodnym chórem i w ostatniej chwili odstawili trumnę na ulicy. Zrobiło się małe zamieszanie. Proboszcz przerwał modlitwę i podszedł do nich. Gruzowie a za nimi około trzydziestu ludzi, którzy dołączyli po drodze, również podeszli bliżej.
- Bez konia, nie da rady – wykrztusił z siebie, z trudem łapiąc powietrze i masując się po barku, jeden z niosących trumnę.
Inni niedowierzając, podeszli do trumny i próbowali ją podnieść. Niestety, udało im się udźwignąć ją jedynie na kilka centymetrów. Wtedy sołtys, starszy grubawy mężczyzna zaoferował się z pomocą. Zniknął w ciemnościach a po kilku minutach wrócił prowadząc konia za uzdę. Kiedy tylko zwierzę zbliżyło się do trumny zaczęło wierzgać, stawać dęba i charczeć. Jego ślepia zrobiły się ogromne i przerażone. Mielił powietrze kopytami, stojąc na dwóch łapach i o mały włos, kopnąłby sołtysa. Wycie psów nasiliło się. Wystraszeni ludzie kreślili znak krzyża na piersiach. Do wszystkich docierało, że mają do czynienia z piekielnymi siłami. Ktoś zaoferował się, że podjedzie samochodem. Minęło kilka chwil i jeden z sąsiadów Gruzów, podjechał zdezelowanym polonezem, ustawiając go przed trumną. Z tyłu samochodu sterczał hak holowniczy. Ktoś inny rzucił przyniesione łańcuchy. Pośpiesznie opletli trumnę łańcuchami i przymocowali je do haka w polonezie. Ze względu na to, że nie dało się i tak podnieść trumny, zdecydowali, że pociągną ją po drodze. Tak jak leżała. Kiedy proboszcz dał znak, mężczyzna w polonezie ruszył ostrożnie. Przód samochodu podniósł się niepokojąco wysoko, zawieszenie zaskrzypiało, ale ostatecznie samochód ruszył a niecodzienny kondukt żałobny w ślad za nim. Odgłosy tarcia drewna o asfalt mieszały się z wyjącymi psami. Choć nie było śniegu, droga była na tyle zmarznięta, że tarcie nie czyniło dużych szkód w drewnianej skrzyni.
- Patrzcie jak się stara zapiera – rzucił ktoś z tyłu.
Czesław odwrócił się i puścił w tłumek zagniewane spojrzenie. Nie padł już żaden komentarz. W ciszy dotarli do kościoła. Polonez zatrzymał się kilkanaście metrów przed schodami prowadzącymi do niewielkiego murowanego kościoła. Kościelny stał w drzwiach a na ich widok otwarł obydwa skrzydła szeroko. Ciężkie i stare drzwi zaskrzypiały jakby w proteście. Kilkunastu mężczyzn złapało za łańcuch i powoli z wielkim trudem wciągnęli trumnę do kościoła. Już w kruchcie spotkało ich niecodzienne zjawisko. Kiedy nieboszczka znalazła się pomiędzy kropielnicami wiszącymi w ścianie z lewej i prawej strony, nad każdą kropielnicą rozbłysły czerwone ogniki tuż nad wodą święconą. Po kilka tańczących z lekkim sykiem ogni nad każdą. Nikt nie odważył się zanurzyć tam palców. Ludzie przemykali w pośpiechu zerkając tylko z pode łba na to niezwykłe zjawisko. Żegnali się tylko w pośpiechu i z coraz większym lękiem znikali wewnątrz kościoła. Trumna została ustawiona w głównej nawie kościółka, tuż przed ołtarzem w miejscu, w którym kiedyś stały balaski. Proboszcz z Czesławem przeszli przez prezbiterium i zniknęli za niedużymi drzwiami. W zakrystii ksiądz poprosił Czesława, żeby ten udał się na cmentarz z kilkoma mężczyznami i żeby upewnili się, że wszystko jest przygotowane. Bądź, co bądź, grób był już wykopany z samego rana. Czesław zabrał ze sobą dwójkę znajomych i wyszli z kościoła.
Tymczasem na trumnie ktoś położył drewniany krzyż. Ludzie zajęli miejsca w ławkach. Siedzieli w ciszy przerywanej pokasływaniem. Wszyscy obserwowali trumnę jakby spodziewali się, że nieboszczka wyjdzie z niej i ucieknie z kościoła. Nic takiego nie nastąpiło, jednak nagle dało się słyszeć dziwne buczenie prądu, światło przygasło znacząco. Kościelny stojący ze starym długim gasidłem, którym zapalał świecie, rozdziawił usta w zaskoczeniu. W kościele zrobiło się na chwilę ciemno, dało się słyszeć głośne westchnienie zebranych. Wszyscy poczuli powiew mroźnego wiatru, który przeleciał wzdłuż nawy, po czym światło zapaliło się ponownie. Kościelny spojrzał na trumnę i krzyknął. Inni skierowali tam swój wzrok. Kolejne jeszcze głośniejsze westchnienie poniosło się echem po kościele. Krzyż leżący na trumnie był teraz obrócony do góry nogami. Wtedy z zakrystii wyszedł przebrany w szaty liturgiczne proboszcz. Kiedy stanął w prezbiterium pomiędzy ołtarzem a trumną, odwrócony krzyż wystrzelił w powietrze i poszybował do przodu, upadając na kamienną posadzkę tuż przed ławkami. Siedzący najbliżej zerwali się z miejsc tak gwałtownie, że drewniane ławki jak w dominie zaczęły przewracać się z ogromnym hukiem, potęgowanym przez echo. Krzyki przerażonych ludzi mieszały się z trzaskającymi o siebie ławkami. Zapanował chaos. Trwało to jakieś pół minuty. Aż proboszcz krzyknął na wszystkich, żeby się uspokoili. Tłumek zaczął dochodzić do siebie. Jednak nikt już nie wrócił do pierwszych ławek. Rozpoczęła się szybka msza przy akompaniamencie organów, obsługiwanych przez kościelnego.
Średniego wzrostu kobieta z chustką na głowie, ubrana pospiesznie i niestarannie, co tłumaczyły okoliczności, siedziała tuż obok konfesjonału. W pewnym momencie usłyszała dobiegający stamtąd jakiś dźwięk. Rozejrzała się wystraszona dookoła, jednak nikt nie zwrócił na to uwagi. Jej mąż siedział obok z mieszaniną strachu i zaciekawienia naciągał karku, żeby dojrzeć trumnę. Po chwili dźwięk powtórzył się. Coś wewnątrz poruszyło się, usłyszała jakiś jęk i nagle drzwi z konfesjonału otwarły się. Kobieta krzyknęła przeraźliwie, kiedy zobaczyła wychylającą się chybotliwie postać. Zemdlała padając na ławkę. Ksiądz zamilkł, ludzie odwrócili głowy w tył. Z konfesjonału na niepewnych nogach wyszedł Józek Chmielnik, miejscowy pijak. Przeczesał rozczochrane włosy i zakrył nimi łysiejącą wysepkę na głowie. Rozejrzał się zaskoczony.
- Cooo jjjjessttt – powiedział z trudem – juuuuż nieeeezieelaaa? – Zapytał niewyraźnie i czknął głośno.
Twarz proboszcza zrobiła się purpurowa z wściekłości. Na twarzach niektórych zebranych wypłynął uśmiech. Być może ta sytuacja stała się katalizatorem dla zaistniałych okoliczności. Tymczasem Józek kiwnął przepraszająco ręką na proboszcza i zaczął przeciskać się przez rząd ławek. Kiedy stanął w głównej nawie zauważył krzyż leżący na podłodze.
- Paaatrzcieeee – wybełkotał i z wyciągniętą ręką ruszył podnieść znalezisko.
Tymczasem, kiedy dotoczył się do krzyża, ten zapłonął żywym ogniem. Józek wrzasnął głośno, stracił równowagę i przewrócił się. Po chwili otrząsnął się, zerknął na księdza, później na płonący krzyż i jeszcze raz na księdza.
- Poocoo ttte nerrrrwy – rzucił z wyrzutem, jakby to proboszcz sprawił, że krzyż zapłonął.
Podniósł się i na chwiejnych nogach wyszedł z kościoła zataczając misterne kręgi. Był całkowicie nieświadomy powagi sytuacji. W kościele zapanowała konsternacja i absolutna cisza. Dopiero po dłuższej chwili proboszcz uspokoił się na tyle, żeby wrócić do mszy.
Msza skończyła się, kiedy Czesław wraz z dwoma towarzyszami wrócili do kościoła. Wzięli księdza na bok i wyjaśnili mu, że póki, co z pogrzebu nici. Ziemia, która leżała usypana obok grobu była tak zmarznięta, że nie dało rady rozkopać jej nawet kilofem. Jakby na dowód tych słów, jeden z kolegów Cześka pokazał stylisko od kilofa. Było złamane tuż przy nasadzie. Ksiądz podrapał się po brodzie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że temperatura na zewnątrz mogła wynosić góra minus jeden. Tymczasem jakieś piekielne siły, robiły wszystko, żeby nie doszło do pogrzebu.
- Moi drodzy – proboszcz zwrócił się do zebranych w kościele ludzi – pogrzeb odbędzie się jutro.
Przez tłumek przebiegł szmer zaskoczenia, być może niezadowolenia. Wszyscy chcieli pochować starą Gruzową jak najprędzej. Jednak Czesław wytłumaczył im, w czym rzecz. Jakiś czas zastanawiali się, co począć z trumną. Ostatecznie uradzili, że zostawią ją w kościele a ten zamkną na kłódkę. Proboszcz miał nieduży domek na tyłach kościoła. Na samą myśl o takiej bliskości z przeklętą zmarłą robiła mu się gęsia skórka a żołądek podchodził do gardła. Jednak nie było wyjścia. Trzeba było jakoś wytrwać do rana. Choć doskonale zdawał sobie sprawę, że rano ziemia również może być, co więcej, z pewnością będzie skamieniała jak tej nocy. Ludzie powoli rozchodzili się do swoich domów. Tej nocy z wyjątkową pieczołowitością zamykano drzwi na wszystkie spusty.
Proboszcz długo jeszcze nie mógł zasnąć tej nocy. Najpierw kilka razy upewnił się, że wszystkie drzwi i okna są zamknięte. Później przeszukiwał swoje książki w poszukiwaniu modlitw, egzorcyzmów i wszystkiego, co mogło mu pomóc w dniu jutrzejszym. Przez cały czas czuł niepokój spowodowany bliskością przeklętej Gruzowej, która leżała zaledwie kilkanaście metrów od jego domu. Ostatecznie modlił się ponad godzinę i wreszcie zasnął, bardzo płytkim i niespokojnym snem.
Przeraźliwy krzyk wypełnił dom Gruzów. Czesiek z Bożeną zerwali się na równe nogi. Krzyki Tereski wyrwały ich ze snu. Błyskawicznie zapalili światło, budzik wskazywał czwartą nad ranem. Pobiegli, czym prędzej do pokoju córki. Dziewczyna leżała skulona na łóżku. W pokoju panowała bałagan. Porozrzucana bielizna, pierzyna leżała w nieładzie na podłodze. Walały się tam jeszcze jakieś książki i inne rzeczy. Włosy dziewczyny były potargane a ona sama zawodziła, zanosząc się płaczem. Z trudem łapała powietrze. Kiedy Czesław zapalił światło, krzyknął ze zdumienia. Bożena spojrzała na niego pytająco. Wskazał jej wzrokiem ścianę, przy której było łóżko. Kobieta zerwała się wystraszona i zatrzymała dopiero koło męża. Na ścianie znajdował się dość duży napis, LENIWY PROSIAK.
- Co to jest, kto to zrobił? – Pytania Bożeny pozostawały bez odpowiedzi.
Czesław pociągnął nosem. Jakiś smród drażnił go od momentu, kiedy wbiegli do pokoju. Dopiero w tej chwili zdał sobie z tego sprawę. Podszedł do ściany, na której był nabazgrany ten dziwny napis, przysunął twarz, po czym z odrazą cofnął się.
- Gówno – krzyknął. Bożena spojrzała pytająco na męża.
- To jest gówno – wycedził Czesław i spojrzał na żonę – chyba ludzkie – nie czuł się ekspertem w tych sprawach, ale był przekonany, że ma rację.
Oboje zbliżyli się do znaleziska. Po chwili skrzywili twarze. Bożena przytaknęła mężowi. Zajęli się córką. Próbowali ją uspokoić. Matka głaskała ją po głowie i starała się przemawiać spokojnym głosem. Kiedy Tereska uspokoiła się odrobinę, usiadła na krawędzi łóżka. Przetarła łzy i wyprostowała się. W tym samym momencie jej rodzice aż przewrócili się, tak gwałtownie zerwali się w tył. Spojrzała na nich zaskoczona. Czesław spojrzał na żonę, ta na niego. Po czym jeszcze raz zerknęli na swoją córkę. Instynktownie odczołgali się od niej.
- Co się dzieje? – W głosie Tereski dawało się wyczuć powracającą histerię.
- Twoja koszula – matka wskazała palcem na wysokości jej klatki piersiowej.
Kiedy dziewczyna zobaczyła, że na swojej koszuli nocnej ma odbite dwie bose stopy zaczęła piszczeć. Czesław zebrał się w sobie, zaklął i podszedł do niej, szarpiąc za ramię kazał się jej uspokoić. Odbite stopy nie wyglądały na ludzkie. Były jakieś nadzwyczaj wydłużone i wąskie.
- Miałam koszmarny sen – Zaczęła dziewczyna – coś mnie dusiło. Śniło mi się, że nie mogę oddychać, coś gniotło mnie w piersiach, wreszcie obudziłam się.
Rodzice nie wiedzieli, co powiedzieć. Bożena chwilę zbierała myśli.
- To ta suka – Jej twarz była zacięta a usta zamieniły się w wąską kreskę – pieprzona stara wiedźma.
- Nie zaczynaj – Zaprotestował Czesław.
- Czy z Wieśkiem wszystko w porządku? – Zapytała Tereska.
Natychmiast zerwali się wszyscy na równe nogi i pobiegli do jego pokoju. Zatrzymali się przy łóżku potrącając jeden o drugiego. Chłopak spał. A przynajmniej tak to wyglądało. Nie ruszał się, był przykryty a spod pierzyny wystawała jedynie czubek jego głowy.
- Wiesiek? – Bożena niepewnie starała się go obudzić.
- Synek, wstawaj – Czesława ogarniała panika. Naszła go koszmarna myśl, że jak odsuną pierzynę to okaże się, że na łóżku jest tylko głowa syna. Zrobiło mu się zimno.
- Wiesiek obudź się – Bożena potrzasnęła lekko pierzyną jednak chłopak nie zareagował.
Czesław przełknął głośno ślinę. Strach paraliżował jego ciało. Zrobił krok w przód. Musiał zebrać się w sobie. Musiał to zrobić. Złapał za pierzynę. Spojrzał na żonę i córkę jakby szukając u nich dopingu. Napięcie wydawało się nie do wytrzymania, więc szarpnął pierzynę i zrzucił ją z łóżka. Odetchnęli z ulgą, kiedy wszystko okazało się być na swoim miejscu. Dopiero Tereska zauważyła przytomnie.
- Czy on nie jest – zawahała się chwilę – zbyt blady?
Przyjrzeli mu się dokładnie. Wiesiek faktycznie był nienaturalnie blady. Nie był może tak biały jak pierzyna, pod którą go znaleźli, ale mimo to, przeczuwali najgorsze. Matka zaczęła potrząsać synem coraz mocniej.
- Obudź się, obudź się - powtarzała potrząsając go za ramię.
Czesiek rozważał nawet w myślach zdzielenie zony za to potrząsanie synem. Wtedy Wiesiek zakasłał i otworzył powoli oczy. Przez kilka sekund błądził mętnym wzrokiem po pokoju aż zatrzymał wzrok na nich.
- Kręci mi się w głowie – powiedział ledwo słyszalnym głosem.
Nie miał nawet siły, żeby podnieść głowę. Bożena zaczęła go głaskać po wycieńczonej twarzy. Wysłała męża po czekoladę, sama nie wiedziała skąd jej to przyszło do głowy. Gdzieś kiedyś widziała, pewnie w telewizji, że czekolada ma dużo kalorii. Czesiek wrócił z czekoladą. Wiesiek był tak osłabiony, że musiała mu włożyć kostkę do ust. Zaczął żuć powoli. Jego usta również były blade.
- On potrzebuje lekarza – powiedziała ściszonym głosem do męża.
- W naszej wsi nie ma lekarza – odparł – do miasta jest jakieś pięćdziesiąt kilometrów.
- W takim stanie chyba nie powinniśmy ryzykować jazdy – zamyśliła się – może... – Urwała.
- No gadajże – zachęcił ją zniecierpliwiony mąż.
- Zostaje tylko stara Marklewska.
- Co? – Krzyknął wyprowadzony z równowagi – ta stara wiedźma?!
- Nie wiedźma tylko zielarka, jak masz lepszy pomysł to gadaj prędko.
Nie miał żadnego pomysłu. Tereska sama zaoferowała się, że pójdzie. Kazał jej tylko ostrożnie zdjąć koszulę, żeby ksiądz mógł rzucić okiem na te dziwne stopy. Tereska wyszła. Chwilę pokręcił się po pokoju obserwując Bożenę opiekującą się Wieśkiem. Chodził od okna do łóżka i z powrotem. Po chwili namysłu wyszedł do księdza. Na zewnątrz było jeszcze ciemno.
Ksiądz obudził się około czwartej. Cały był zlany potem. Męczący sen nie przyniósł spodziewanej ulgi i wypoczynku. Odmówił zwyczajowo modlitwę poranną, po czym wyszedł do łazienki. Wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem postanowił wyjść i sprawdzić czy drzwi do kościoła są zamknięte. Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Było jeszcze ciemno, więc zabrał ze sobą latarkę. Zrobił kilka spiesznych kroków w kierunku kościoła, kiedy nagle zatrzymał się. Coś nie dawało mu spokoju. Czegoś brakowało. Zatrzymał się i zamyślił. Nie mógł sprecyzować swoich myśli aż nagle, spłynęło na niego olśnienie. Cisza. Panowała zbytnia cisza. Przecież jego pies powinien przywitać go, jeśli nawet nie szczekaniem, to przynajmniej brzęczącym łańcuchem, kiedy on sam powinien podskakiwać ucieszony widokiem swojego pana. Skierował światło latarki w stronę budy. Pies leżał tuż obok. Ksiądz podszedł bliżej. Uklęknął przy zwierzaku i poruszył nim. Pies nie zareagował. Był martwy. Oświetlił jego pysk. Zauważył, że z jego czarnego, zawsze lśniącego nosa, sączyły się dwie stróżki krwi. Pogłaskał go i rozpłakał się. Pies leżał martwy. Spędzili razem piętnaście lat. Wreszcie otarł rękawem kurtki łzy z twarzy i postanowił sprawdzić czy wszystko było w porządku z królikami, których kilka hodował za domem. Kiedy oświetlił niewysoką drewnianą klatkę, przez metalowe pręty dostrzegł, że wszystkie króliki leżały nieruchomo. Podszedł bliżej. Wszystkie, co do jednego, króliki leżały bez życia. I wtedy usłyszał jakiś ruch. Tuż obok, pomiędzy klatką a siatką ogrodzenia. Poświecił w to miejsce latarką. Zza klatki wychylił się królik. Ksiądz wytrzeszczył szeroko oczy. Królik, który wyszedł zza klatki był dużych rozmiarów. Zbyt dużych, można by powiedzieć. Królik odwrócił łeb w jego stronę i spojrzał na niego zimnym, nienawistnym wzrokiem. To było niesamowite uczucie. Zupełnie jakby to nie było spojrzenie zwierzaka tylko, człowieka. Kiedy oświetlił jego pysk, okazało się, że jest cały umazany we krwi. Królik oblizał się, po czym stanął na tylnych łapach i zionął ogniem prosto z otwartego pyska w kierunku księdza. Ten przestraszony cofnął się i potykając o wystający korzeń, przewrócił się na ziemię. Kiedy podniósł się wreszcie, demoniczny zwierzak w bardzo szybkich susach zniknął w kierunku kościoła.
- Wszelki duch Pana Boga Chwali – proboszcz był w szoku. Przeżegnał się i stał dłuższą chwilę nie mogąc dojść do siebie. Od zgonu Gruzowej zło powoli rozlewało się na całą wieś. Coraz częstsze i brutalniejsze manifestacje niepokoiły go i sprawiały, że czuł się coraz bardziej bezradny. Kiedy otrząsnął się ze swoich rozmyślań, przypomniał sobie, że zamierzał sprawdzić kościelne drzwi. Kiedy wyszedł za róg, zauważył jakiś cień. Zatrzymał się i ostrożnie zbliżył do domu. Przy drzwiach majaczyła jakaś postać. Sylwetka pochylała się przy drzwiach wejściowych do domu. Proboszcz niewiele już myśląc rzucił się w kierunku demona. Pod drzwiami zakotłowało się a po chwili proboszcz odrzucony ze sporą siłą wylądował na plecach.
- Kurwa, ale mnie ojciec dobrodziej wystraszył – wysapał zaskoczony Czesław.
- Czesław to ty? – W głosie księdza dało się słyszeć zarówno zaskoczenie jak i ulgę.
Poprowadził swojego gościa za dom, pokazał psa i króliki. Czesław podrapał się po głowie. Na samą myśl, że mogła to zrobić jego zmarła matka, zrobiło mu się jakoś tak dziwnie. Trudno jest opisać, co czuje człowiek, którego matka po nocy zabija zwierzęta i marze po ścianach najzwyklejszym w świecie gównem. A jakby tego było mało to niemal dwa dni wcześniej umarła i utrudnia swój pogrzeb. W końcu sobie przypomniał, po co tu przyszedł, pociągnął księdza za rękaw i ruszyli do domu Czesława.
Kiedy dotarli na miejsce, w pokoju zastali Bożenę w takiej samej niemal pozycji, w jakiej Czesław ją zostawił wychodząc. Siedziała przy swoim bladym, osłabionym synku. Wiesiek, kiedy zobaczył, że ojciec przyprowadził księdza, próbował zerwać się z łóżka jednak zabrakło mi sił.
- Mamo czy ja... – Zawiesił płaczliwie głos – czy ja umieram?
Z trudem próbował podciągnąć pierzynę, którą jakby chciał się odgrodzić od proboszcza. Ten uśmiechnął się i zapewnił go, że nic mu nie będzie. Nie zdążył przyjrzeć się chłopcu zbyt dokładnie, kiedy do pokoju weszła Tereska a za nią stara Marklewska. Ksiądz cofnął się instynktownie robiąc jej miejsce przy łóżku. Od zawsze ta starowinka przyprawiała go o dreszcze. Mieszkała w najstarszej chacie we wsi z dachem niemal walącym się. Ludzie widywali ją w przeróżnych dziwnych porach w różnych miejscach. A to kręciła się po łąkach, to znowu ktoś ją widział jak wraca z lasu po nocy. Zbierała te swoje zioła i raczej trzymała się na uboczu. Ludzie przychodzili do niej dopiero, kiedy sytuacja stawała się poważna. I cieszyła się bardzo pochlebną opinią, jako zielarka. Podobno wielu już przywróciła do życia takich, którzy jedną nogą stali po tamtej stronie. Ludzie mówili, że ma dziewięćdziesiąt lat. Ale on podejrzewał, że kobiecina ma znacznie więcej. Zielarka była całkowicie sprawna mimo wieku. Choć lekko zgarbiona, pomagająca sobie kijem, pewnie stawiała kroki i miała bardzo bystre spojrzenie. Na jej twarzy pomarszczonej jak zmięty celofan rysował się lekki uśmiech. Był to taki rodzaj uśmieszku, o którym trudno powiedzieć czy śmieje się z czy może do obecnych. Wyprosiła ich zniecierpliwionym ruchem ręki, jakby odganiała się od komarów. Podeszła do chłopca i rzuciła swój wiklinowy kosz przy łóżku.
Pozostali przeszli do kuchni. Bożena zaproponowała kawę. Ksiądz skinął wdzięczny i usiedli przy oknie. Na zewnątrz nadal było ciemno, choć niebo na wschodzie zaczynało się delikatnie przejaśniać.
- Co ksiądz o tym wszystkim myśli? – Czesław wbił w proboszcza spojrzenie.
- Nie wiem – odparł szczerze – to wszystko jest... – Zawiesił głos bezradnie – po prostu nie wiem.
- Ale nie zaprzeczy ksiądz dobrodziej, że to wszystko wina mojej – tutaj wydęła z przesadą wargi i ostatnie słowo wypluła z siebie z obrzydzeniem – teściowej?
Ksiądz nie odpowiedział, spojrzał tylko na Czesława i spuścił wzrok wlepiając go w ceratę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że te wszystkie wydarzenia wiążą się ze zmarłą. Jednak nie chciał robić przykrości Czesławowi.
- Minęło zaledwie kilka godzin – Bożena nie dawała za wygraną – jak ją zostawiliśmy w kościele, a ta – szukała na szybko słowa – ta suka – to słowo wypowiedziała z ogromną pasją - już zdążyła wymazać gównem ścianę i niemal wykończyła dwójkę naszych dzieci.
Znowu zapanowała cisza. Czesław już przestał reagować na te zaczepki żony. Zdawał sobie sprawę, że w zasadzie, Bożena miała rację. Jednak było to takie trudne, pogodzić się z tym. Tymczasem do pokoju weszła zielarka. Uśmiechając się pod nosem nie czekając na zaproszenie sama wzięła wolny taboret i usiadła.
- Młodzik stracił sporo krwi – staruszka przerwała krótkim śmiechem jakby bawiła ją ta sytuacja, zakołysała się na taborecie – łapczywie piła.
- Jak to piła – zapytała Bożena.
- Zmora, psia jej mać – zielarka splunęła przez ramię a Czesław skrzywił się z niesmakiem – siada ścierwo na piersiach i dusi aż krew pójdzie nosem – znowu zrobiła przerwę i zarechotała – a potem to już ino pije.
- Ale Wiesiek – przerwała jej przerażona Bożena.
- Wyjdzie z tego, ale drugich odwiedzin babci może nie przeżyć – zaśmiała się jakby rzuciła bardzo zabawnym dowcipem.
- Pani Marklewska, jak pani nie wstyd – proboszcz próbował załagodzić sytuację.
- No, co, toć prawdę powiadam – zielarka przeżuła coś swoimi bezzębnymi dziąsłami i nikt z zebranych nawet nie próbował się domyślić, co to mogło być.
- Jaką prawdę – warknął Czesław – że moja matka, świeć Panie nad jej duszą, pije krew swojego wnuka?
- Matka powiadasz – staruszka spojrzała na niego w taki sposób, że Czesław natychmiast się uspokoił – to już nie jest twoja matka – powiedziała powoli nachylając się do niego – a Pan nie świeci nad jej duszą, ino czort – ostatnie słowa niemal wykrzyczała i znowu zarechotała rozbawiona.
Czesław cofnął się od niej z obrzydzeniem. Ksiądz również starał się nie patrzeć na nią. Nigdy nie widział jej w kościele i miał wrażenie, że staruszka może mieć jakieś konszachty ze złem. Zielarka wytłumaczyła Bożenie, co i kiedy podawać chłopcu. Zostawiła dwa woreczki ziół i wyszła. W progu zatrzymała się jeszcze i odwróciła do nich.
- Musicie ją dzisiaj przegnać – przełknęła to coś, co żuła a Czesław poczuł, że zaraz zwymiotuje – w jej starym ciele, sam czort miele – zarechotała już na cały głos i wyszła rozbawiona.
Nie minęło pół godziny, kiedy pod domem Gruzów zebrało się kilkanaście osób. Ludzie byli wzburzeni i przestraszeni. Z bezładnych krzyków i oskarżeń, można było wywnioskować, że minionej nocy w niejednej zagrodzie padły zwierzęta. Martwe zwierzaki ściągnięto na łąkę za stodołą sołtysa, gdzie polano je benzyną i podpalono. Czesław widział ukradkowe spojrzenia sąsiadów. Nikt tego nie mówił, wprost ale czuł, że ludzie mają do niego pretensje. W głębi duszy zaczynał szczerze nienawidzić zmarłej matki. Za wszystko, co mu zrobiła. Wszyscy doskonale znali starą Gruzową i wiedzieli, że była apodyktyczna i nie raz podjudzała syna, żeby postawił żonę do pionu za pomocą paska czy ręki. Zauważył jak Bożena zareagowała na śmierć teściowej, niby smutek i żal, jednak nie potrafiła ukryć tego, co mówiły jej oczy. A rysowała się w nich ogromna ulga. Bożena za życia miała z nią wyjątkowo ciężko, tylko, kto by przewidział, że po śmierci będzie jeszcze gorzej. Ludzie patrzyli jak dopala się niecodzienny stos. Poranek był dość chłodny, więc tłoczyli się przy ogniu.
- Dość tego! – Czesław krzyknął stanowczo – czas zakopać to, co powinno iść do ziemi.
Pozostali ochoczo przyłączyli się do niego i ruszyli w kierunku kościoła. Wiesiek pobiegł do domu po matkę i siostrę. Drzwi prowadzące do kościoła były zamknięte, tak jak zostawili je poprzedniej nocy. Kościelny przekręcił klucz w zamku i popchnął jedno skrzydło. Głośne skrzypnięcie zabrzmiało jak westchnienie ulgi. Ludzie weszli do środka. Zatrzymali się w głównej nawie. Trumna stała w tym samym miejscu. Postanowili sprawdzić czy nadal jest taka ciężka. Okazało się, że nie jest. Sześciu chłopa złapało spiesznie trumnę, podnieśli ją i ruszyli przed siebie. Głośne westchnięcie gapiów zatrzymało ich w pół kroku. W miejscu gdzie leżała trumna, znajdował się wypalony ślad identycznych rozmiarów. Proboszcz nie chcąc tracić czasu machnął ręką na trzymających trumnę. Po chwili wyszli i skierowali się polną drogą skręcającą na tyłach kościoła w kierunku cmentarza. Nim doszli na miejsce, zebrało się więcej ludzi. Informacje rozchodziły się w tempie błyskawicy.
- Nam et si ambulavero in valle umbrae mortis – ksiądz wypowiadając słowa psalmu podniósł powoli kropidło – non timebo mala – głos stawał się coraz mocniejszy – quoniam tu mecum es. Virga tua et baculus tuus, ipsa me consolata sunt – ostatnie słowa już wykrzyczał, po czym skropił trumnę.
Niemal momentalnie wokół cmentarza rozszedł się okropny smród. Ludzie krztusili się i zatykali nosy, odwracali głowy. Z trumny sączyły się obłoki pary. Nie czekając długo na znak Czesława mężczyźni spuścili trumnę na łańcuchach do dołu. Po chwili łańcuchy również wrzucono do grobu. Wtedy, jak na komendę na wszystkich grobach zapłonęły znicze. Płomienie były nienaturalnie wysokie i mocne. Ludzie odsuwali się od okolicznych nagrobków. Zapadła cisza. Czesław próbował wbić łopatę w ziemię usypaną tuż przy dole. Niestety bez skutku. Ziemia była zmarznięta na kamień. Zerknął na księdza, ten odwzajemnił spojrzenie. W jego oczach malowała się bezradność. Wtedy niespodziewanie usłyszeli za plecami skrzeczący i drwiący głos.
- Nie zakładaj kapoty, póki nie skończysz roboty – zielarka zarechotała wesoło i zerkając na księdza przecisnęła się przez tłumek.
W zasadzie nie musiała się przeciskać. Ludzie odsuwali się robiąc jej miejsce. Stara podeszła do grobu. Stuknęła swoim kijem w górę ziemi. Zachichotała, kiedy poczuła twardą skorupę. Sięgnęła do koszyka i wyjęła z niego coś, co natychmiast włożyła do ust. Przeżuwała mlaskając. Ludzie przyglądali się jej z uwagą. Nikt się nie odezwał nawet słowem. Staruszka zerknęła w dół, po czym sięgnęła do swojego wiklinowego koszyka. Wygrzebała z niego coś, co rozsypała na trumnę. Po chwili wyjęła jakieś zielska i również zrzuciła do grobu. Mlaskała żując i mamrocząc coś pod nosem. Po chwili płonące znicze na grobach zgasły. Zielarka zaśmiała się potakując głową do własnych myśli. Splunęła na zmarzniętą ziemię. Czarna maź, którą żuła z cichym nieprzyjemnym odgłosem uderzyła w usypany kopiec. Czesław poczuł, że jego żołądek wywraca się do góry. Staruszka patrzyła jak maź wsiąka powoli w ziemię. Trwało to może dwie minuty. Później złapała łopatę od najbliżej stojącego mężczyzny i wbiła ją w ziemię. Łopata weszła gładko. Tłumek zafalował i westchnął zaskoczony.
- Na co czekasz kochanieńki? – Zielarka zwróciła się do mężczyzny, od którego wzięła łopatę – Ten zaskoczony odebrał z jej rąk narzędzie, po czym z pozostałymi przystąpili do zasypywania grobu.
Ziemia nie stawiała oporu. W ciszy ziemia uderzała o trumnę, żeby po chwili zasypać ją całkowicie. Wyjątkowo szybko grób był zakopany. Ksiądz modlił się w ciszy a ludzie starali się unikać wzroku staruszki, która przez cały czas mamrotała coś patrząc na grób. Jakby rozmawiała ze zmarłą. Kiedy zamilkła, Bożena podeszła do niej.
- Czy to już koniec? – Zapytała.
- A co, już się stęskniłaś za mamusią? – Zielarka zakpiła i ryknęła śmiechem.
Bożena nic nie odpowiedziała tylko wpatrywała się tępym wzrokiem w świeży grób. Po chwili splunęła w jego stronę i cofnęła się. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Czuli, że stara Marklewska zadbała o to, żeby już nie mieli problemu ze zmarłą. Kiedy zrobiło się już luźniej na cmentarzu, zielarka spojrzała na Lucjana. Ogarnęła wzrokiem jego siwe włosy na skroniach i pokręciła głową.
- Trza było się zesrać ze strachu a nie siwieć – po raz kolejny jej śmiech poniósł się pomiędzy grobami – Masz tu synku ziółka – podała mu mały woreczek – Pij przed snem przez trzy dni.
Lucjan odebrał od staruszki worek, po czym ta, lekko zgarbiona ruszyła przed siebie. Rodzina Gruzów i proboszcz odprowadzali ją wzrokiem. Kiwała się, podpierała swoim kijem, ale szła pewnie i dość szybko.
- Co to będzie proszę księdza jak ta jędza kopnie w kalendarz? – Czesław był zaniepokojony.
- Aż strach pomyśleć synu – proboszcz nie spuszczał z niej oczu – ale coś mi się wydaje, że ta stara przeżyje nas wszystkich.
- Moi drodzy, zapraszam na parafię, napijemy się czegoś ciepłego – ksiądz zamyślił się chwilę i westchnął – to był wyjątkowo trudny pogrzeb.
Klęczący zastygli w bezruchu. Przenosili wzrok z Tereski na trupa i z powrotem. We wsi, w której mieszkali Gruzowie, przesądy były dość powszechne a ten z przekręconymi słowami modlitwy, był wyjątkowo mroczny. Żałobnicy byli tak zaskoczeni, że to się przytrafiło właśnie im, że nikt nie wiedział jak się zachować. Konsternacja trwała może jakieś czterdzieści sekund, kiedy zegar przestał tykać. Zapanowała niczym niezmącona cisza. Niepokój udzielił się wszystkim. Rozglądali się ostrożnie wokół siebie. Wymieniali ze sobą spojrzenia, ale nikt nie podniósł się z klęczek. Zaraz po tym w pokoju dało się słyszeć huk i trzask tłuczonego szkła, kiedy obraz wiszący w drugim końcu pokoju spadł ze ściany. Czesław, chociaż był gospodarzem, jedynym synem zmarłej i głową swojej rodziny, z trudem przełknął ślinę. Wiedział, że obraz, który spadł ze ściany przedstawiał Józefa i Maryję z dzieciątkiem Jezus. Groza zawisła w powietrzu. Zrobiło się zimno. Wszyscy to zauważyli. Można było odnieść wrażenie jakby klęczeli przy otwartej lodówce. Czesław chciał wstać, ale strach odebrał mu władzę w nogach. Kątem oka dostrzegł jak z ust Bożeny, jego żony wydobywa się delikatny obłoczek pary. Po sekundzie wszyscy to już zauważyli. Ich oddechy zamieniały się w kłębki pary. Temperatura w pokoju musiała spaść w dość znaczący sposób. Zaledwie wszystkie niesamowite fakty dotarły do ich sparaliżowanych strachem umysłów, kiedy płomień na świecy stojącej w nogach zmarłej, robił się coraz mniejszy i mniejszy aż wreszcie zgasł. Tereska poczuła jak po jej nogach spływa ciepła stróżka moczu. Nie panowała już nad swoim ciałem. Ciemna plama na spodniach powiększała się coraz bardziej. Była niemal przekonana, że zmarła za chwilę wyskoczy z trumny i zdzieli ją swoją zimną kościstą dłonią w twarz, wyzywając ją od spaślaków. Czuła jak zapada się w mrocznej otchłani, miała wrażenie, że za jej plecami kłębią się trupioblade ręce, które za chwile wciągną ją gdzieś w mrok. Pozostali wpatrywali się jak urzeczeni w trupa. Ciemność pochłaniała już niewielki fragment nieboszczki. Bożena płakała cicho, niemal bezgłośnie. Wtedy zgasła druga świeca. Ktoś westchnął głośno. Nieboszczka zdawała się znikać w coraz większej ciemności. Zupełnie jakby miała się rozpłynąć na ich oczach. Płomienie na pozostałych dwóch świecach zaczęły drgać coraz bardziej, jakby nerwowo, energicznie. Cienie jeszcze bardziej wydłużyły się, wprawione w ruch zaczęły skradać się po suficie, podłodze. Przerażeni żałobnicy rozglądali się dookoła. Chociaż wszyscy klęczeli bez ruchu w pokoju zdawał się panować coraz większy chaos. Dopiero, kiedy zgasła gwałtownie trzecia świeca, czemu towarzyszył jakiś dziwny dźwięk, jakby westchnienie, instynkt samozachowawczy wziął górę nad zebranymi i wybiegli ile sił w nogach. Bożena musiała niemal ciągnąć swoją córkę w stronę wyjścia.
W przedpokoju było jasno i mogli tam odetchnąć z ulgą. Czesiek zatrzasnął drzwi do pokoju i oparł się o nie plecami. Chociaż mierzył niemal dwa metry i miał dość masywną sylwetkę a we wsi znany był z ciężkiej ręki i charakteru, osunął się przerażony na podłogę nie odrywając pleców od drzwi. Na chwilę schował dłoń w swoich wielkich dłoniach, próbując pozbierać myśli, kiedy nagle krzyknął do swojego syna.
- Wiesiek, migiem leć po księdza.
Piegowaty dwudziestolatek wciąż jeszcze w szoku wybiegł jak strzała, niemal potykając się o pozostałych członków rodziny tłoczących się w przedpokoju. Tereska siedziała pod przeciwległą ścianą z kolanami podwiniętymi pod brodę. Wzrok miała pusty, kołysała się w tę i z powrotem. Bożena przyklękła obok i starała się ją uspokoić gładząc po białych, zaniedbanych włosach. W przedpokoju stała jeszcze Ula, siostra Czesława ze swoim mężem Lucjanem. Jej ręce drżały a w oczach można było wyczytać niedowierzanie. On chudy wysoki, z okularami o grubych szkłach, które komicznie powiększały jego oczy, teraz wytrzeszczone jeszcze bardziej. W innych okolicznościach jego wygląd byłby zabawny. Niestety okoliczności nie nastrajały nikogo do śmiechu. Jego gęsta czarna czupryna przy skroniach przyprószona była pasemkami siwizny, której jeszcze przed godziną zanim weszli do pokoju na czuwanie, nie było.
Nagle Czesław zauważył, że Ula pokazuje w jego stronę wyciągniętym palcem, jej twarz wyrażała coraz większe zdumienie, palec drżał. Spojrzał na nią pytająco. Chociaż jego siostra miała otwarte usta, nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Kiedy pozostali powiedli spojrzeniem w kierunku wskazanym palcem, odskoczyli odruchowo odsuwając się od Czesława. Ten zaskoczony zerwał się na równe nogi i odwrócił się. Drzwi prowadzące do pokoju, w którym leżała nieboszczka, pokryte były szronem, który od dołu piął się powoli w górę. Czesiek odskoczył z krzykiem, ale zaraz zmieszał się, tym niekontrolowanym wybuchem strachu. Widać było, że stara się trzymać fason. Jednak bardzo szybko jego zmieszanie zamieniło się w agresję. Podszedł do córki, która i tak zdawała się nie mieć kontaktu z rzeczywistością.
- To wszystko twoja wina – krzyknął i zamachnął się jakby chciał ją zdzielić w głowę.
- Zostaw ją w spokoju – Bożena odepchnęła męża zasłaniając jednocześnie córkę.
- Po cholerę ją bronisz – syknął w stronę żony – nic nie potrafi, nawet pacierza nie zmówi nie przekręcając słów.
- Jeśli do kogoś masz mieć pretensje, czemu nie do swojej mamuśki – odcięła się Bożena.
- Że co?
- Że gówno – krzyknęła – czemu nie winisz tej wiedźmy – spojrzała na niego wściekła.
- Ona nie żyje, idiotko – Czesław zbliżył się do niej poirytowany.
- Wygląda na to, że mamuśka nie zamierza nas tak szybko opuścić – jej głos drżał.
Ostatecznie emocje, które się w niej nagromadziły przez ostatnie minuty wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem i rzuciła się na drzwi okładając je pięściami.
- Zdychaj ty stara krowo – wrzeszczała – zostaw nas w spokoju.
Złapał żonę i odciągnął od drzwi. Bożena rozpłakała się, ale Czesław nie potrafił okazać jej żadnej czułości. Za nic nie przytuliłby jej przy ludziach, to nie leżało w jego naturze. Usiadła obok córki szlochając cicho. Wtedy z zamkniętego pokoju dobiegł ich jakiś dźwięk. Jakby coś upadło na podłogę. Musiało to być coś lekkiego, ale słychać było wyraźnie. Strach po raz kolejny złapał wszystkich w swoje objęcia. Tereska skuliła się jeszcze bardziej.
- No i coś narobiła? – Czesław doskoczył do Bożeny i po raz drugi podniósł rękę gotowy nią zdzielić żonę.
- Coś za łatwo przychodzi ci synu podnosić rękę – proboszcz wszedł do domu.
- Niech będzie pochwalony – rzucił zmieszany Czesław, opuszczając energicznie rękę.
- Na wieki wieków, amen.
Wiesiek wszedł zaraz po nim i zamknął drzwi. Ksiądz rozejrzał się wokół, i kiedy dostrzegł siwiznę Lucjana niemal podskoczył.
- Wszelki duch Pana Boga chwali – westchnął zaskoczony – co ci się stało synu?
Lucjan wytrzeszczał swoje oczy spod okularów, był jeszcze bardziej zaskoczony tym pytaniem. Proboszcz machnął ręką zniecierpliwiony i kazał się zaprowadzić do zmarłej. Nikt nie kwapił się do otwarcia drzwi. Proboszcz podszedł bliżej złapał za klamkę i jęknął odskakując w tył. Nic nie powiedział ściskając dłoń i krzywiąc się pod wpływem jakiegoś bólu. Drugą ręką sięgnął pod watowaną kurtkę, wysunął stułę i z jej pomocą złapał klamkę popychając drzwi, które z lekkim skrzypnięciem stanęły otworem. Świece nie paliły się, więc wewnątrz było ciemno, jedynie światło z przedpokoju wdzierało się nieznacznie do środka.
- Możecie włączyć światło? – Zapytał proboszcz.
- Nie – Czesław pokręcił głową – mama nie pozwoliła tu pociągnąć prądu.
Mówił cicho jakby w obawie, że obudzi zmarłą. Machnął głową na Wieśka i po chwili chłopak przyniósł świeczki, które rozdał wszystkim. Bożena została w przedpokoju razem z córką. Pozostali uzbrojeni w migoczące płomienie weszli głębiej. Natychmiast poczuli chłód. Podeszli do trumny. Nieboszczka leżała tak jak ją zostawili.
- Patrzcie tu – Wiesiek rozświetlił kredens stojący pod ścianą.
Mebel pokryty był białym szronem. Dopiero wtedy zauważyli, że podłoga i cała reszta również była zmarznięta. Ksiądz podszedł do miejsca, w którym na podłodze leżał potłuczony obraz. Przysunął świeczkę bliżej i zauważył na większym kawałku szkła odbicie dłoni. Jakby szkło pod wpływem tego dotyku zamarzło. Jednak nie był to kształt ludzkiej dłoni. Palce, które się na nim odbiły były nienaturalnie długie i chude. Poczuł jak ciarki przebiegają po jego kręgosłupie.
- Ksiądz dobrodziej podejdzie tutaj – Czesław nadal starał się mówić cicho.
Proboszcz otrząsnął się po swoim odkryciu i poszedł w kierunku pozostałych. Oświetlali leżący na podłodze różaniec. Podeszli do zmarłej i oświetlili jej dłonie. Nie było go tam.
- Rzuciła nim – jęknął Lucjan – Mój Boże, ona nim rzuciła – mówił jakby sam do siebie.
Wtedy do ich uszu dobiegło coś jakby westchnienie. Wymienili znaczące spojrzenia. Wiedzieli, że się nie przesłyszeli. Starczy głos był cichy, ale na tyle wyraźny, że nie było mowy o przesłyszeniu się.
- Myślę, że na razie powinniśmy wyjść – ksiądz starał się zapanować nad swoim głosem.
Mimo sześćdziesięciu lat w tym jakieś czterdzieści lat posługi, nie zetknął się z czymś takim. Czuł, że ma tutaj do czynienia z siłą, która go przerasta. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Zło było tutaj niemal namacalne. Wycofywali się instynktownie powoli, plecami do wyjścia, obserwując cały czas trumnę. Kiedy już byli przy drzwiach usłyszeli coś. Tym razem nieco głośniej. To był ten sam dźwięk. Westchnienie, chrapliwe i mrożące krew w żyłach. Próbowali oświetlić trumnę podnosząc wyżej świeczki, ale stali za daleko. Jedyne, co udało im się zobaczyć to jakiś ruch. Coś jakby cień, wyglądało to tak jakby nieboszczka próbowała podnieść głowę.
- Ja pierdolę – Czesław jakby zapomniał o obecności księdza – co mama wyprawia.
Proboszcz sięgnął nerwowym ruchem do kieszeni, z której wyjął kropidło, zrobił dwa kroki do przodu i skropił trumnę. Aż zaskwierczało, kiedy woda święcona dosięgła zmarłej. Następnie rozszedł się potworny smród, jakby ktoś rozlał gnojówkę po pokoju, przyprawiając wszystkich o mdłości. Obrzydliwy, intensywny smród drażnił nozdrza, ksiądz szeptał słowa modlitwy a Czesław z Lucjanem i Wieśkiem stali jak wryci ściskając w dłoniach swoje świeczki. Ula stojąca już niemal w progu zemdlała. Osunęła się po futrynie, Bożena wyciągnęła ją do przedpokoju i próbowała ocucić. Stojący mężczyźni byli w takim szoku, że w ogóle nie zwrócili na to uwagi.
- Wychodzimy – proboszcz ruszył w stronę wyjścia – powiedziałem, że wychodzimy.
Odezwał się na głos, widząc, że trójka jego towarzyszy stoi nieruchomo. Musiał wrócić i potrząsnąć niemal każdym z osobna. Dopiero wtedy ruszyli za nim.
- Nie ma czasu do stracenia – powiedział ksiądz zatrzaskując za sobą drzwi – synku, biegnij do kościelnego, niech leci na dzwonnicę, migiem – niemal wykrzyczał ostatnie słowo. Wiesiek wybiegł z domu.
- Biegnij po sąsiadów, potrzebujemy kilku silnych chłopów – proboszcz potrząsnął ramieniem Lucjana zanim ten zwrócił na niego uwagę. Mimo to wyszedł po kilku sekundach zawieszenia.
Proboszcz przyklęknął pod drzwiami i zaczął się modlić. Czesław stał i wpatrywał się gdzieś w dal z niedowierzaniem. Bożenie udało się już docucić szwagierkę, ale Tereska nadal siedziała w tej samej pozycji z kolanami pod brodą, nie było z nią kontaktu. Czesław jakby lunatykował, bez słowa podszedł do drzwi wyjściowych, otwarł je i zatrzymał się na ganku. Zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Dopiero po chwili jakby zdał sobie sprawę z tego gdzie się znajduje. Grudniowa noc była chłodna, choć śnieg nadal nie spadł. Z oddali ujadały psy. Szczekały wściekle, wyobrażał sobie jak szarpią się na łańcuchach. Spojrzał w gwieździste niebo i kilka kropel łez spłynęły po jego policzku. Wrócił do środka dopiero, kiedy dobrze wytarł twarz.
Ujadanie psów zagłuszyły kościelne dzwony. W nocy dźwięki rozchodziły się szerokim echem, wybudzając niemal całą wieś. Tuż po tym jak rozdzwoniły się dzwony, do domu Gruzów przybiegło kilkoro mężczyzn przyprowadzonych przez Lucjana. Rozglądali się zaskoczeni widząc miny gospodarzy. Proboszcz przerwał modlitwę i zebrał ich wokół siebie. Rozmawiali chwilę, po czym skinął na Czesława, dając mu do zrozumienia, że nadszedł czas. Ten podszedł bez słowa do drzwi i otwarł je na oścież. Kiedy mężczyźni weszli do pokoju, natychmiast przywitał ich przejmujący chłód. Rozejrzeli się po pokoju i stanęli niepewnie przy trumnie. I tym razem świece nadawały niesamowity klimat pomieszczeniu. Na znak proboszcza przykryli nieboszczkę wiekiem trumny i dokręcili je mocno, po czym z lekkim wahaniem podnieśli trumnę.
Sześciu mężczyzn z niewyraźnymi minami wyniosło trumnę z domu Gruzów. Rodzina ruszyła za nimi. Proboszcz szedł na czele tego niezwykłego konduktu. Z mijanych domów wychodzili ludzie i dołączali do pochodu. Szczekanie psów zamieniało się w przejmujące wycie, tak było z każdym zwierzakiem, którego gospodarstwo mijali. Drogę rozświetlały im z rzadka rozstawione latarnie uliczne, wspomagane światłem księżyca. Był to niecodzienny widok, kondukt żałobny o północy, pospiesznie zmierzający do kościoła. I w pewnym momencie, kiedy do celu mieli jakieś sześćset metrów, kolana ugięły się pod nogami niosących trumnę mężczyzn. Jęknęli zgodnym chórem i w ostatniej chwili odstawili trumnę na ulicy. Zrobiło się małe zamieszanie. Proboszcz przerwał modlitwę i podszedł do nich. Gruzowie a za nimi około trzydziestu ludzi, którzy dołączyli po drodze, również podeszli bliżej.
- Bez konia, nie da rady – wykrztusił z siebie, z trudem łapiąc powietrze i masując się po barku, jeden z niosących trumnę.
Inni niedowierzając, podeszli do trumny i próbowali ją podnieść. Niestety, udało im się udźwignąć ją jedynie na kilka centymetrów. Wtedy sołtys, starszy grubawy mężczyzna zaoferował się z pomocą. Zniknął w ciemnościach a po kilku minutach wrócił prowadząc konia za uzdę. Kiedy tylko zwierzę zbliżyło się do trumny zaczęło wierzgać, stawać dęba i charczeć. Jego ślepia zrobiły się ogromne i przerażone. Mielił powietrze kopytami, stojąc na dwóch łapach i o mały włos, kopnąłby sołtysa. Wycie psów nasiliło się. Wystraszeni ludzie kreślili znak krzyża na piersiach. Do wszystkich docierało, że mają do czynienia z piekielnymi siłami. Ktoś zaoferował się, że podjedzie samochodem. Minęło kilka chwil i jeden z sąsiadów Gruzów, podjechał zdezelowanym polonezem, ustawiając go przed trumną. Z tyłu samochodu sterczał hak holowniczy. Ktoś inny rzucił przyniesione łańcuchy. Pośpiesznie opletli trumnę łańcuchami i przymocowali je do haka w polonezie. Ze względu na to, że nie dało się i tak podnieść trumny, zdecydowali, że pociągną ją po drodze. Tak jak leżała. Kiedy proboszcz dał znak, mężczyzna w polonezie ruszył ostrożnie. Przód samochodu podniósł się niepokojąco wysoko, zawieszenie zaskrzypiało, ale ostatecznie samochód ruszył a niecodzienny kondukt żałobny w ślad za nim. Odgłosy tarcia drewna o asfalt mieszały się z wyjącymi psami. Choć nie było śniegu, droga była na tyle zmarznięta, że tarcie nie czyniło dużych szkód w drewnianej skrzyni.
- Patrzcie jak się stara zapiera – rzucił ktoś z tyłu.
Czesław odwrócił się i puścił w tłumek zagniewane spojrzenie. Nie padł już żaden komentarz. W ciszy dotarli do kościoła. Polonez zatrzymał się kilkanaście metrów przed schodami prowadzącymi do niewielkiego murowanego kościoła. Kościelny stał w drzwiach a na ich widok otwarł obydwa skrzydła szeroko. Ciężkie i stare drzwi zaskrzypiały jakby w proteście. Kilkunastu mężczyzn złapało za łańcuch i powoli z wielkim trudem wciągnęli trumnę do kościoła. Już w kruchcie spotkało ich niecodzienne zjawisko. Kiedy nieboszczka znalazła się pomiędzy kropielnicami wiszącymi w ścianie z lewej i prawej strony, nad każdą kropielnicą rozbłysły czerwone ogniki tuż nad wodą święconą. Po kilka tańczących z lekkim sykiem ogni nad każdą. Nikt nie odważył się zanurzyć tam palców. Ludzie przemykali w pośpiechu zerkając tylko z pode łba na to niezwykłe zjawisko. Żegnali się tylko w pośpiechu i z coraz większym lękiem znikali wewnątrz kościoła. Trumna została ustawiona w głównej nawie kościółka, tuż przed ołtarzem w miejscu, w którym kiedyś stały balaski. Proboszcz z Czesławem przeszli przez prezbiterium i zniknęli za niedużymi drzwiami. W zakrystii ksiądz poprosił Czesława, żeby ten udał się na cmentarz z kilkoma mężczyznami i żeby upewnili się, że wszystko jest przygotowane. Bądź, co bądź, grób był już wykopany z samego rana. Czesław zabrał ze sobą dwójkę znajomych i wyszli z kościoła.
Tymczasem na trumnie ktoś położył drewniany krzyż. Ludzie zajęli miejsca w ławkach. Siedzieli w ciszy przerywanej pokasływaniem. Wszyscy obserwowali trumnę jakby spodziewali się, że nieboszczka wyjdzie z niej i ucieknie z kościoła. Nic takiego nie nastąpiło, jednak nagle dało się słyszeć dziwne buczenie prądu, światło przygasło znacząco. Kościelny stojący ze starym długim gasidłem, którym zapalał świecie, rozdziawił usta w zaskoczeniu. W kościele zrobiło się na chwilę ciemno, dało się słyszeć głośne westchnienie zebranych. Wszyscy poczuli powiew mroźnego wiatru, który przeleciał wzdłuż nawy, po czym światło zapaliło się ponownie. Kościelny spojrzał na trumnę i krzyknął. Inni skierowali tam swój wzrok. Kolejne jeszcze głośniejsze westchnienie poniosło się echem po kościele. Krzyż leżący na trumnie był teraz obrócony do góry nogami. Wtedy z zakrystii wyszedł przebrany w szaty liturgiczne proboszcz. Kiedy stanął w prezbiterium pomiędzy ołtarzem a trumną, odwrócony krzyż wystrzelił w powietrze i poszybował do przodu, upadając na kamienną posadzkę tuż przed ławkami. Siedzący najbliżej zerwali się z miejsc tak gwałtownie, że drewniane ławki jak w dominie zaczęły przewracać się z ogromnym hukiem, potęgowanym przez echo. Krzyki przerażonych ludzi mieszały się z trzaskającymi o siebie ławkami. Zapanował chaos. Trwało to jakieś pół minuty. Aż proboszcz krzyknął na wszystkich, żeby się uspokoili. Tłumek zaczął dochodzić do siebie. Jednak nikt już nie wrócił do pierwszych ławek. Rozpoczęła się szybka msza przy akompaniamencie organów, obsługiwanych przez kościelnego.
Średniego wzrostu kobieta z chustką na głowie, ubrana pospiesznie i niestarannie, co tłumaczyły okoliczności, siedziała tuż obok konfesjonału. W pewnym momencie usłyszała dobiegający stamtąd jakiś dźwięk. Rozejrzała się wystraszona dookoła, jednak nikt nie zwrócił na to uwagi. Jej mąż siedział obok z mieszaniną strachu i zaciekawienia naciągał karku, żeby dojrzeć trumnę. Po chwili dźwięk powtórzył się. Coś wewnątrz poruszyło się, usłyszała jakiś jęk i nagle drzwi z konfesjonału otwarły się. Kobieta krzyknęła przeraźliwie, kiedy zobaczyła wychylającą się chybotliwie postać. Zemdlała padając na ławkę. Ksiądz zamilkł, ludzie odwrócili głowy w tył. Z konfesjonału na niepewnych nogach wyszedł Józek Chmielnik, miejscowy pijak. Przeczesał rozczochrane włosy i zakrył nimi łysiejącą wysepkę na głowie. Rozejrzał się zaskoczony.
- Cooo jjjjessttt – powiedział z trudem – juuuuż nieeeezieelaaa? – Zapytał niewyraźnie i czknął głośno.
Twarz proboszcza zrobiła się purpurowa z wściekłości. Na twarzach niektórych zebranych wypłynął uśmiech. Być może ta sytuacja stała się katalizatorem dla zaistniałych okoliczności. Tymczasem Józek kiwnął przepraszająco ręką na proboszcza i zaczął przeciskać się przez rząd ławek. Kiedy stanął w głównej nawie zauważył krzyż leżący na podłodze.
- Paaatrzcieeee – wybełkotał i z wyciągniętą ręką ruszył podnieść znalezisko.
Tymczasem, kiedy dotoczył się do krzyża, ten zapłonął żywym ogniem. Józek wrzasnął głośno, stracił równowagę i przewrócił się. Po chwili otrząsnął się, zerknął na księdza, później na płonący krzyż i jeszcze raz na księdza.
- Poocoo ttte nerrrrwy – rzucił z wyrzutem, jakby to proboszcz sprawił, że krzyż zapłonął.
Podniósł się i na chwiejnych nogach wyszedł z kościoła zataczając misterne kręgi. Był całkowicie nieświadomy powagi sytuacji. W kościele zapanowała konsternacja i absolutna cisza. Dopiero po dłuższej chwili proboszcz uspokoił się na tyle, żeby wrócić do mszy.
Msza skończyła się, kiedy Czesław wraz z dwoma towarzyszami wrócili do kościoła. Wzięli księdza na bok i wyjaśnili mu, że póki, co z pogrzebu nici. Ziemia, która leżała usypana obok grobu była tak zmarznięta, że nie dało rady rozkopać jej nawet kilofem. Jakby na dowód tych słów, jeden z kolegów Cześka pokazał stylisko od kilofa. Było złamane tuż przy nasadzie. Ksiądz podrapał się po brodzie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że temperatura na zewnątrz mogła wynosić góra minus jeden. Tymczasem jakieś piekielne siły, robiły wszystko, żeby nie doszło do pogrzebu.
- Moi drodzy – proboszcz zwrócił się do zebranych w kościele ludzi – pogrzeb odbędzie się jutro.
Przez tłumek przebiegł szmer zaskoczenia, być może niezadowolenia. Wszyscy chcieli pochować starą Gruzową jak najprędzej. Jednak Czesław wytłumaczył im, w czym rzecz. Jakiś czas zastanawiali się, co począć z trumną. Ostatecznie uradzili, że zostawią ją w kościele a ten zamkną na kłódkę. Proboszcz miał nieduży domek na tyłach kościoła. Na samą myśl o takiej bliskości z przeklętą zmarłą robiła mu się gęsia skórka a żołądek podchodził do gardła. Jednak nie było wyjścia. Trzeba było jakoś wytrwać do rana. Choć doskonale zdawał sobie sprawę, że rano ziemia również może być, co więcej, z pewnością będzie skamieniała jak tej nocy. Ludzie powoli rozchodzili się do swoich domów. Tej nocy z wyjątkową pieczołowitością zamykano drzwi na wszystkie spusty.
Proboszcz długo jeszcze nie mógł zasnąć tej nocy. Najpierw kilka razy upewnił się, że wszystkie drzwi i okna są zamknięte. Później przeszukiwał swoje książki w poszukiwaniu modlitw, egzorcyzmów i wszystkiego, co mogło mu pomóc w dniu jutrzejszym. Przez cały czas czuł niepokój spowodowany bliskością przeklętej Gruzowej, która leżała zaledwie kilkanaście metrów od jego domu. Ostatecznie modlił się ponad godzinę i wreszcie zasnął, bardzo płytkim i niespokojnym snem.
Przeraźliwy krzyk wypełnił dom Gruzów. Czesiek z Bożeną zerwali się na równe nogi. Krzyki Tereski wyrwały ich ze snu. Błyskawicznie zapalili światło, budzik wskazywał czwartą nad ranem. Pobiegli, czym prędzej do pokoju córki. Dziewczyna leżała skulona na łóżku. W pokoju panowała bałagan. Porozrzucana bielizna, pierzyna leżała w nieładzie na podłodze. Walały się tam jeszcze jakieś książki i inne rzeczy. Włosy dziewczyny były potargane a ona sama zawodziła, zanosząc się płaczem. Z trudem łapała powietrze. Kiedy Czesław zapalił światło, krzyknął ze zdumienia. Bożena spojrzała na niego pytająco. Wskazał jej wzrokiem ścianę, przy której było łóżko. Kobieta zerwała się wystraszona i zatrzymała dopiero koło męża. Na ścianie znajdował się dość duży napis, LENIWY PROSIAK.
- Co to jest, kto to zrobił? – Pytania Bożeny pozostawały bez odpowiedzi.
Czesław pociągnął nosem. Jakiś smród drażnił go od momentu, kiedy wbiegli do pokoju. Dopiero w tej chwili zdał sobie z tego sprawę. Podszedł do ściany, na której był nabazgrany ten dziwny napis, przysunął twarz, po czym z odrazą cofnął się.
- Gówno – krzyknął. Bożena spojrzała pytająco na męża.
- To jest gówno – wycedził Czesław i spojrzał na żonę – chyba ludzkie – nie czuł się ekspertem w tych sprawach, ale był przekonany, że ma rację.
Oboje zbliżyli się do znaleziska. Po chwili skrzywili twarze. Bożena przytaknęła mężowi. Zajęli się córką. Próbowali ją uspokoić. Matka głaskała ją po głowie i starała się przemawiać spokojnym głosem. Kiedy Tereska uspokoiła się odrobinę, usiadła na krawędzi łóżka. Przetarła łzy i wyprostowała się. W tym samym momencie jej rodzice aż przewrócili się, tak gwałtownie zerwali się w tył. Spojrzała na nich zaskoczona. Czesław spojrzał na żonę, ta na niego. Po czym jeszcze raz zerknęli na swoją córkę. Instynktownie odczołgali się od niej.
- Co się dzieje? – W głosie Tereski dawało się wyczuć powracającą histerię.
- Twoja koszula – matka wskazała palcem na wysokości jej klatki piersiowej.
Kiedy dziewczyna zobaczyła, że na swojej koszuli nocnej ma odbite dwie bose stopy zaczęła piszczeć. Czesław zebrał się w sobie, zaklął i podszedł do niej, szarpiąc za ramię kazał się jej uspokoić. Odbite stopy nie wyglądały na ludzkie. Były jakieś nadzwyczaj wydłużone i wąskie.
- Miałam koszmarny sen – Zaczęła dziewczyna – coś mnie dusiło. Śniło mi się, że nie mogę oddychać, coś gniotło mnie w piersiach, wreszcie obudziłam się.
Rodzice nie wiedzieli, co powiedzieć. Bożena chwilę zbierała myśli.
- To ta suka – Jej twarz była zacięta a usta zamieniły się w wąską kreskę – pieprzona stara wiedźma.
- Nie zaczynaj – Zaprotestował Czesław.
- Czy z Wieśkiem wszystko w porządku? – Zapytała Tereska.
Natychmiast zerwali się wszyscy na równe nogi i pobiegli do jego pokoju. Zatrzymali się przy łóżku potrącając jeden o drugiego. Chłopak spał. A przynajmniej tak to wyglądało. Nie ruszał się, był przykryty a spod pierzyny wystawała jedynie czubek jego głowy.
- Wiesiek? – Bożena niepewnie starała się go obudzić.
- Synek, wstawaj – Czesława ogarniała panika. Naszła go koszmarna myśl, że jak odsuną pierzynę to okaże się, że na łóżku jest tylko głowa syna. Zrobiło mu się zimno.
- Wiesiek obudź się – Bożena potrzasnęła lekko pierzyną jednak chłopak nie zareagował.
Czesław przełknął głośno ślinę. Strach paraliżował jego ciało. Zrobił krok w przód. Musiał zebrać się w sobie. Musiał to zrobić. Złapał za pierzynę. Spojrzał na żonę i córkę jakby szukając u nich dopingu. Napięcie wydawało się nie do wytrzymania, więc szarpnął pierzynę i zrzucił ją z łóżka. Odetchnęli z ulgą, kiedy wszystko okazało się być na swoim miejscu. Dopiero Tereska zauważyła przytomnie.
- Czy on nie jest – zawahała się chwilę – zbyt blady?
Przyjrzeli mu się dokładnie. Wiesiek faktycznie był nienaturalnie blady. Nie był może tak biały jak pierzyna, pod którą go znaleźli, ale mimo to, przeczuwali najgorsze. Matka zaczęła potrząsać synem coraz mocniej.
- Obudź się, obudź się - powtarzała potrząsając go za ramię.
Czesiek rozważał nawet w myślach zdzielenie zony za to potrząsanie synem. Wtedy Wiesiek zakasłał i otworzył powoli oczy. Przez kilka sekund błądził mętnym wzrokiem po pokoju aż zatrzymał wzrok na nich.
- Kręci mi się w głowie – powiedział ledwo słyszalnym głosem.
Nie miał nawet siły, żeby podnieść głowę. Bożena zaczęła go głaskać po wycieńczonej twarzy. Wysłała męża po czekoladę, sama nie wiedziała skąd jej to przyszło do głowy. Gdzieś kiedyś widziała, pewnie w telewizji, że czekolada ma dużo kalorii. Czesiek wrócił z czekoladą. Wiesiek był tak osłabiony, że musiała mu włożyć kostkę do ust. Zaczął żuć powoli. Jego usta również były blade.
- On potrzebuje lekarza – powiedziała ściszonym głosem do męża.
- W naszej wsi nie ma lekarza – odparł – do miasta jest jakieś pięćdziesiąt kilometrów.
- W takim stanie chyba nie powinniśmy ryzykować jazdy – zamyśliła się – może... – Urwała.
- No gadajże – zachęcił ją zniecierpliwiony mąż.
- Zostaje tylko stara Marklewska.
- Co? – Krzyknął wyprowadzony z równowagi – ta stara wiedźma?!
- Nie wiedźma tylko zielarka, jak masz lepszy pomysł to gadaj prędko.
Nie miał żadnego pomysłu. Tereska sama zaoferowała się, że pójdzie. Kazał jej tylko ostrożnie zdjąć koszulę, żeby ksiądz mógł rzucić okiem na te dziwne stopy. Tereska wyszła. Chwilę pokręcił się po pokoju obserwując Bożenę opiekującą się Wieśkiem. Chodził od okna do łóżka i z powrotem. Po chwili namysłu wyszedł do księdza. Na zewnątrz było jeszcze ciemno.
Ksiądz obudził się około czwartej. Cały był zlany potem. Męczący sen nie przyniósł spodziewanej ulgi i wypoczynku. Odmówił zwyczajowo modlitwę poranną, po czym wyszedł do łazienki. Wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem postanowił wyjść i sprawdzić czy drzwi do kościoła są zamknięte. Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Było jeszcze ciemno, więc zabrał ze sobą latarkę. Zrobił kilka spiesznych kroków w kierunku kościoła, kiedy nagle zatrzymał się. Coś nie dawało mu spokoju. Czegoś brakowało. Zatrzymał się i zamyślił. Nie mógł sprecyzować swoich myśli aż nagle, spłynęło na niego olśnienie. Cisza. Panowała zbytnia cisza. Przecież jego pies powinien przywitać go, jeśli nawet nie szczekaniem, to przynajmniej brzęczącym łańcuchem, kiedy on sam powinien podskakiwać ucieszony widokiem swojego pana. Skierował światło latarki w stronę budy. Pies leżał tuż obok. Ksiądz podszedł bliżej. Uklęknął przy zwierzaku i poruszył nim. Pies nie zareagował. Był martwy. Oświetlił jego pysk. Zauważył, że z jego czarnego, zawsze lśniącego nosa, sączyły się dwie stróżki krwi. Pogłaskał go i rozpłakał się. Pies leżał martwy. Spędzili razem piętnaście lat. Wreszcie otarł rękawem kurtki łzy z twarzy i postanowił sprawdzić czy wszystko było w porządku z królikami, których kilka hodował za domem. Kiedy oświetlił niewysoką drewnianą klatkę, przez metalowe pręty dostrzegł, że wszystkie króliki leżały nieruchomo. Podszedł bliżej. Wszystkie, co do jednego, króliki leżały bez życia. I wtedy usłyszał jakiś ruch. Tuż obok, pomiędzy klatką a siatką ogrodzenia. Poświecił w to miejsce latarką. Zza klatki wychylił się królik. Ksiądz wytrzeszczył szeroko oczy. Królik, który wyszedł zza klatki był dużych rozmiarów. Zbyt dużych, można by powiedzieć. Królik odwrócił łeb w jego stronę i spojrzał na niego zimnym, nienawistnym wzrokiem. To było niesamowite uczucie. Zupełnie jakby to nie było spojrzenie zwierzaka tylko, człowieka. Kiedy oświetlił jego pysk, okazało się, że jest cały umazany we krwi. Królik oblizał się, po czym stanął na tylnych łapach i zionął ogniem prosto z otwartego pyska w kierunku księdza. Ten przestraszony cofnął się i potykając o wystający korzeń, przewrócił się na ziemię. Kiedy podniósł się wreszcie, demoniczny zwierzak w bardzo szybkich susach zniknął w kierunku kościoła.
- Wszelki duch Pana Boga Chwali – proboszcz był w szoku. Przeżegnał się i stał dłuższą chwilę nie mogąc dojść do siebie. Od zgonu Gruzowej zło powoli rozlewało się na całą wieś. Coraz częstsze i brutalniejsze manifestacje niepokoiły go i sprawiały, że czuł się coraz bardziej bezradny. Kiedy otrząsnął się ze swoich rozmyślań, przypomniał sobie, że zamierzał sprawdzić kościelne drzwi. Kiedy wyszedł za róg, zauważył jakiś cień. Zatrzymał się i ostrożnie zbliżył do domu. Przy drzwiach majaczyła jakaś postać. Sylwetka pochylała się przy drzwiach wejściowych do domu. Proboszcz niewiele już myśląc rzucił się w kierunku demona. Pod drzwiami zakotłowało się a po chwili proboszcz odrzucony ze sporą siłą wylądował na plecach.
- Kurwa, ale mnie ojciec dobrodziej wystraszył – wysapał zaskoczony Czesław.
- Czesław to ty? – W głosie księdza dało się słyszeć zarówno zaskoczenie jak i ulgę.
Poprowadził swojego gościa za dom, pokazał psa i króliki. Czesław podrapał się po głowie. Na samą myśl, że mogła to zrobić jego zmarła matka, zrobiło mu się jakoś tak dziwnie. Trudno jest opisać, co czuje człowiek, którego matka po nocy zabija zwierzęta i marze po ścianach najzwyklejszym w świecie gównem. A jakby tego było mało to niemal dwa dni wcześniej umarła i utrudnia swój pogrzeb. W końcu sobie przypomniał, po co tu przyszedł, pociągnął księdza za rękaw i ruszyli do domu Czesława.
Kiedy dotarli na miejsce, w pokoju zastali Bożenę w takiej samej niemal pozycji, w jakiej Czesław ją zostawił wychodząc. Siedziała przy swoim bladym, osłabionym synku. Wiesiek, kiedy zobaczył, że ojciec przyprowadził księdza, próbował zerwać się z łóżka jednak zabrakło mi sił.
- Mamo czy ja... – Zawiesił płaczliwie głos – czy ja umieram?
Z trudem próbował podciągnąć pierzynę, którą jakby chciał się odgrodzić od proboszcza. Ten uśmiechnął się i zapewnił go, że nic mu nie będzie. Nie zdążył przyjrzeć się chłopcu zbyt dokładnie, kiedy do pokoju weszła Tereska a za nią stara Marklewska. Ksiądz cofnął się instynktownie robiąc jej miejsce przy łóżku. Od zawsze ta starowinka przyprawiała go o dreszcze. Mieszkała w najstarszej chacie we wsi z dachem niemal walącym się. Ludzie widywali ją w przeróżnych dziwnych porach w różnych miejscach. A to kręciła się po łąkach, to znowu ktoś ją widział jak wraca z lasu po nocy. Zbierała te swoje zioła i raczej trzymała się na uboczu. Ludzie przychodzili do niej dopiero, kiedy sytuacja stawała się poważna. I cieszyła się bardzo pochlebną opinią, jako zielarka. Podobno wielu już przywróciła do życia takich, którzy jedną nogą stali po tamtej stronie. Ludzie mówili, że ma dziewięćdziesiąt lat. Ale on podejrzewał, że kobiecina ma znacznie więcej. Zielarka była całkowicie sprawna mimo wieku. Choć lekko zgarbiona, pomagająca sobie kijem, pewnie stawiała kroki i miała bardzo bystre spojrzenie. Na jej twarzy pomarszczonej jak zmięty celofan rysował się lekki uśmiech. Był to taki rodzaj uśmieszku, o którym trudno powiedzieć czy śmieje się z czy może do obecnych. Wyprosiła ich zniecierpliwionym ruchem ręki, jakby odganiała się od komarów. Podeszła do chłopca i rzuciła swój wiklinowy kosz przy łóżku.
Pozostali przeszli do kuchni. Bożena zaproponowała kawę. Ksiądz skinął wdzięczny i usiedli przy oknie. Na zewnątrz nadal było ciemno, choć niebo na wschodzie zaczynało się delikatnie przejaśniać.
- Co ksiądz o tym wszystkim myśli? – Czesław wbił w proboszcza spojrzenie.
- Nie wiem – odparł szczerze – to wszystko jest... – Zawiesił głos bezradnie – po prostu nie wiem.
- Ale nie zaprzeczy ksiądz dobrodziej, że to wszystko wina mojej – tutaj wydęła z przesadą wargi i ostatnie słowo wypluła z siebie z obrzydzeniem – teściowej?
Ksiądz nie odpowiedział, spojrzał tylko na Czesława i spuścił wzrok wlepiając go w ceratę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że te wszystkie wydarzenia wiążą się ze zmarłą. Jednak nie chciał robić przykrości Czesławowi.
- Minęło zaledwie kilka godzin – Bożena nie dawała za wygraną – jak ją zostawiliśmy w kościele, a ta – szukała na szybko słowa – ta suka – to słowo wypowiedziała z ogromną pasją - już zdążyła wymazać gównem ścianę i niemal wykończyła dwójkę naszych dzieci.
Znowu zapanowała cisza. Czesław już przestał reagować na te zaczepki żony. Zdawał sobie sprawę, że w zasadzie, Bożena miała rację. Jednak było to takie trudne, pogodzić się z tym. Tymczasem do pokoju weszła zielarka. Uśmiechając się pod nosem nie czekając na zaproszenie sama wzięła wolny taboret i usiadła.
- Młodzik stracił sporo krwi – staruszka przerwała krótkim śmiechem jakby bawiła ją ta sytuacja, zakołysała się na taborecie – łapczywie piła.
- Jak to piła – zapytała Bożena.
- Zmora, psia jej mać – zielarka splunęła przez ramię a Czesław skrzywił się z niesmakiem – siada ścierwo na piersiach i dusi aż krew pójdzie nosem – znowu zrobiła przerwę i zarechotała – a potem to już ino pije.
- Ale Wiesiek – przerwała jej przerażona Bożena.
- Wyjdzie z tego, ale drugich odwiedzin babci może nie przeżyć – zaśmiała się jakby rzuciła bardzo zabawnym dowcipem.
- Pani Marklewska, jak pani nie wstyd – proboszcz próbował załagodzić sytuację.
- No, co, toć prawdę powiadam – zielarka przeżuła coś swoimi bezzębnymi dziąsłami i nikt z zebranych nawet nie próbował się domyślić, co to mogło być.
- Jaką prawdę – warknął Czesław – że moja matka, świeć Panie nad jej duszą, pije krew swojego wnuka?
- Matka powiadasz – staruszka spojrzała na niego w taki sposób, że Czesław natychmiast się uspokoił – to już nie jest twoja matka – powiedziała powoli nachylając się do niego – a Pan nie świeci nad jej duszą, ino czort – ostatnie słowa niemal wykrzyczała i znowu zarechotała rozbawiona.
Czesław cofnął się od niej z obrzydzeniem. Ksiądz również starał się nie patrzeć na nią. Nigdy nie widział jej w kościele i miał wrażenie, że staruszka może mieć jakieś konszachty ze złem. Zielarka wytłumaczyła Bożenie, co i kiedy podawać chłopcu. Zostawiła dwa woreczki ziół i wyszła. W progu zatrzymała się jeszcze i odwróciła do nich.
- Musicie ją dzisiaj przegnać – przełknęła to coś, co żuła a Czesław poczuł, że zaraz zwymiotuje – w jej starym ciele, sam czort miele – zarechotała już na cały głos i wyszła rozbawiona.
Nie minęło pół godziny, kiedy pod domem Gruzów zebrało się kilkanaście osób. Ludzie byli wzburzeni i przestraszeni. Z bezładnych krzyków i oskarżeń, można było wywnioskować, że minionej nocy w niejednej zagrodzie padły zwierzęta. Martwe zwierzaki ściągnięto na łąkę za stodołą sołtysa, gdzie polano je benzyną i podpalono. Czesław widział ukradkowe spojrzenia sąsiadów. Nikt tego nie mówił, wprost ale czuł, że ludzie mają do niego pretensje. W głębi duszy zaczynał szczerze nienawidzić zmarłej matki. Za wszystko, co mu zrobiła. Wszyscy doskonale znali starą Gruzową i wiedzieli, że była apodyktyczna i nie raz podjudzała syna, żeby postawił żonę do pionu za pomocą paska czy ręki. Zauważył jak Bożena zareagowała na śmierć teściowej, niby smutek i żal, jednak nie potrafiła ukryć tego, co mówiły jej oczy. A rysowała się w nich ogromna ulga. Bożena za życia miała z nią wyjątkowo ciężko, tylko, kto by przewidział, że po śmierci będzie jeszcze gorzej. Ludzie patrzyli jak dopala się niecodzienny stos. Poranek był dość chłodny, więc tłoczyli się przy ogniu.
- Dość tego! – Czesław krzyknął stanowczo – czas zakopać to, co powinno iść do ziemi.
Pozostali ochoczo przyłączyli się do niego i ruszyli w kierunku kościoła. Wiesiek pobiegł do domu po matkę i siostrę. Drzwi prowadzące do kościoła były zamknięte, tak jak zostawili je poprzedniej nocy. Kościelny przekręcił klucz w zamku i popchnął jedno skrzydło. Głośne skrzypnięcie zabrzmiało jak westchnienie ulgi. Ludzie weszli do środka. Zatrzymali się w głównej nawie. Trumna stała w tym samym miejscu. Postanowili sprawdzić czy nadal jest taka ciężka. Okazało się, że nie jest. Sześciu chłopa złapało spiesznie trumnę, podnieśli ją i ruszyli przed siebie. Głośne westchnięcie gapiów zatrzymało ich w pół kroku. W miejscu gdzie leżała trumna, znajdował się wypalony ślad identycznych rozmiarów. Proboszcz nie chcąc tracić czasu machnął ręką na trzymających trumnę. Po chwili wyszli i skierowali się polną drogą skręcającą na tyłach kościoła w kierunku cmentarza. Nim doszli na miejsce, zebrało się więcej ludzi. Informacje rozchodziły się w tempie błyskawicy.
- Nam et si ambulavero in valle umbrae mortis – ksiądz wypowiadając słowa psalmu podniósł powoli kropidło – non timebo mala – głos stawał się coraz mocniejszy – quoniam tu mecum es. Virga tua et baculus tuus, ipsa me consolata sunt – ostatnie słowa już wykrzyczał, po czym skropił trumnę.
Niemal momentalnie wokół cmentarza rozszedł się okropny smród. Ludzie krztusili się i zatykali nosy, odwracali głowy. Z trumny sączyły się obłoki pary. Nie czekając długo na znak Czesława mężczyźni spuścili trumnę na łańcuchach do dołu. Po chwili łańcuchy również wrzucono do grobu. Wtedy, jak na komendę na wszystkich grobach zapłonęły znicze. Płomienie były nienaturalnie wysokie i mocne. Ludzie odsuwali się od okolicznych nagrobków. Zapadła cisza. Czesław próbował wbić łopatę w ziemię usypaną tuż przy dole. Niestety bez skutku. Ziemia była zmarznięta na kamień. Zerknął na księdza, ten odwzajemnił spojrzenie. W jego oczach malowała się bezradność. Wtedy niespodziewanie usłyszeli za plecami skrzeczący i drwiący głos.
- Nie zakładaj kapoty, póki nie skończysz roboty – zielarka zarechotała wesoło i zerkając na księdza przecisnęła się przez tłumek.
W zasadzie nie musiała się przeciskać. Ludzie odsuwali się robiąc jej miejsce. Stara podeszła do grobu. Stuknęła swoim kijem w górę ziemi. Zachichotała, kiedy poczuła twardą skorupę. Sięgnęła do koszyka i wyjęła z niego coś, co natychmiast włożyła do ust. Przeżuwała mlaskając. Ludzie przyglądali się jej z uwagą. Nikt się nie odezwał nawet słowem. Staruszka zerknęła w dół, po czym sięgnęła do swojego wiklinowego koszyka. Wygrzebała z niego coś, co rozsypała na trumnę. Po chwili wyjęła jakieś zielska i również zrzuciła do grobu. Mlaskała żując i mamrocząc coś pod nosem. Po chwili płonące znicze na grobach zgasły. Zielarka zaśmiała się potakując głową do własnych myśli. Splunęła na zmarzniętą ziemię. Czarna maź, którą żuła z cichym nieprzyjemnym odgłosem uderzyła w usypany kopiec. Czesław poczuł, że jego żołądek wywraca się do góry. Staruszka patrzyła jak maź wsiąka powoli w ziemię. Trwało to może dwie minuty. Później złapała łopatę od najbliżej stojącego mężczyzny i wbiła ją w ziemię. Łopata weszła gładko. Tłumek zafalował i westchnął zaskoczony.
- Na co czekasz kochanieńki? – Zielarka zwróciła się do mężczyzny, od którego wzięła łopatę – Ten zaskoczony odebrał z jej rąk narzędzie, po czym z pozostałymi przystąpili do zasypywania grobu.
Ziemia nie stawiała oporu. W ciszy ziemia uderzała o trumnę, żeby po chwili zasypać ją całkowicie. Wyjątkowo szybko grób był zakopany. Ksiądz modlił się w ciszy a ludzie starali się unikać wzroku staruszki, która przez cały czas mamrotała coś patrząc na grób. Jakby rozmawiała ze zmarłą. Kiedy zamilkła, Bożena podeszła do niej.
- Czy to już koniec? – Zapytała.
- A co, już się stęskniłaś za mamusią? – Zielarka zakpiła i ryknęła śmiechem.
Bożena nic nie odpowiedziała tylko wpatrywała się tępym wzrokiem w świeży grób. Po chwili splunęła w jego stronę i cofnęła się. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Czuli, że stara Marklewska zadbała o to, żeby już nie mieli problemu ze zmarłą. Kiedy zrobiło się już luźniej na cmentarzu, zielarka spojrzała na Lucjana. Ogarnęła wzrokiem jego siwe włosy na skroniach i pokręciła głową.
- Trza było się zesrać ze strachu a nie siwieć – po raz kolejny jej śmiech poniósł się pomiędzy grobami – Masz tu synku ziółka – podała mu mały woreczek – Pij przed snem przez trzy dni.
Lucjan odebrał od staruszki worek, po czym ta, lekko zgarbiona ruszyła przed siebie. Rodzina Gruzów i proboszcz odprowadzali ją wzrokiem. Kiwała się, podpierała swoim kijem, ale szła pewnie i dość szybko.
- Co to będzie proszę księdza jak ta jędza kopnie w kalendarz? – Czesław był zaniepokojony.
- Aż strach pomyśleć synu – proboszcz nie spuszczał z niej oczu – ale coś mi się wydaje, że ta stara przeżyje nas wszystkich.
- Moi drodzy, zapraszam na parafię, napijemy się czegoś ciepłego – ksiądz zamyślił się chwilę i westchnął – to był wyjątkowo trudny pogrzeb.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz