2015/03/24

Przeszczepili pacjentce złą nerkę, po czym oświadczyli: "Każda operacja to ryzyko"




Fot. Rafal Michalowski / AGENCJA GAZE
Wrocławiance przez pomyłkę wszczepiono nerkę przeznaczoną dla innego pacjenta. Szpital długo ukrywał prawdę przed pacjentką. O tym, co naprawdę stało się podczas operacji, dowiedziała się dopiero z prokuratury
Złą nerkę wszczepiono wrocławiance przed pięciu laty. Feralnego dnia w Akademickim Szpitalu Klinicznym zaplanowane były dwa przeszczepy, jeden po drugim. Podczas transplantacji doszło do pomyłki. Pielęgniarka, podając lekarzowi nerkę, sięgnęła do lodówki z nerką przeznaczoną dla innego pacjenta, a lekarz przed wszczepieniem narządu nie sprawdził, czy wszystko się zgadza.




Z tego powodu obie transplantacje nie miały szans powodzenia. Organizmy pacjentów odrzuciły niewłaściwe nerki. Gdy w szpitalu zorientowano się w pomyłkach, przeprowadzono kolejne dwie operacje - tym razem wyszczepiania nerek.

"Przepraszam" nie usłyszała

Pani Anna, jedna z poszkodowanych pacjentek, z operacją wiązała duże nadzieje, bo słyszała, że przeznaczona dla niej nerka jest idealnym organem, więc operacja ma ogromne szanse powodzenia. Miała nadzieję, że znów zacznie normalne życie, wcześnie bowiem co drugi dzień spędzała kilka godzin na dializach.

Gdy więc próbowała dowiedzieć się w szpitalu, dlaczego przeszczep się nie udał, usłyszała, że doszło do "ostrego odrzutu w wyniku obumarcia komórek nerkowych". Jej rodzicom powiedziano, że odrzucenie przeszczepu "czasem się zdarza". Kilka tygodni później pacjentka oglądała w telewizji program interwencyjny o wrocławskim szpitalu i pomyłce przy przeszczepie nerek, ale nie wiedziała, że chodzi m.in. o jej operację. Prawdę poznała dopiero kilka tygodni później, w prokuraturze, gdzie została wezwana jako świadek.

Gdy sprawa się wydała, szpital na miesiąc stracił uprawnienia do przeprowadzania transplantacji, a na zlecenie Ministerstwa Zdrowia przeprowadzono w nim audyt. Sprawą zajmował się też okręgowy sąd lekarski. Naganą ukarał pielęgniarkę, która pomyliła lodówki oraz chirurga, który - zdaniem sądu lekarskiego - nie dołożył należytej staranności w trakcie identyfikacji nerek do przeszczepu. Postępowanie prowadziła też prokuratura, ale ostatecznie sprawę umorzono.

Wrocławianka pozwała szpital o zadośćuczynienie. Domagała się 300 tys. zł za utracone szanse na powrót do zdrowia. Podczas procesu okazało się, że na kolejny przeszczep musiała czekać trzy lata, a na dodatek jej organizm odrzucił kolejną nerkę.

- Operacja oznaczała dla mnie ból i stres, a gdyby nie pomyłka, mogłabym normalnie żyć. Zamiast tego muszę jeździć na dializy, które trwają czasem nawet do godz. 1 w nocy - mówiła przed sądem.

Ale nie chodzi jej tylko o cierpienie i zdrowie. Kobieta zaznaczała, że poczuła się oszukana postawą personelu wrocławskiego szpitala, a zwłaszcza chirurga. - Nigdy nie przyznał się do błędu, nigdy mnie za tę sytuację nie przeprosił - mówiła przed sądem.

Szpital: ryzyko operacji

ASK chciał oddalenia powództwa, przekonując, że nie jest stroną w sprawie, lecz chirurg, który wykonywał transplantacje na zlecenie szpitala. Przekonywał również sąd, że każda operacja jest ryzykowna.

- Pacjentka powinna liczyć się z ryzykiem związanym z wykonaniem zabiegu, którego konsekwencją może być odrzut organu albo wadliwe jego funkcjonowanie - argumentował prawnik szpitala, dowodząc, że przykrości, jakich wrocławianka doznała "w związku z powikłaniami", nie uzasadniają przyznania jej 300 tys. zł.

Sąd: szacunek dla pacjenta

Sad zgodził się z argumentami szpitala, że transplantacja jest zabiegiem ryzykownym i nigdy nie ma gwarancji powodzenia, ale podkreślił, że przed operacją sami lekarze powtarzali pani Annie, że rokowania są dobre, więc pomyłka pielęgniarki i brak staranności lekarza niosły dla jej zdrowia ogromne konsekwencje.

- Pacjenta została pozbawiona realnej i wysoce prawdopodobnej możliwości zaprzestania dializoterapii i powrotu do normalnego funkcjonowania - uzasadniała sędzia Dominika Romanowska, podkreślając, że kolejnym błędem szpitala było ukrywanie przed pacjentką prawdy o pomyłce przy operacji. - Każdy pacjent powinien być traktowany z należnym szacunkiem, a nie jako przedmiot prowadzonych zabiegów. Brak informacji o błędzie lekarskim stanowił naruszenie prawa pacjentki i jej godności osobistej.

Sąd uznał, że za cierpienia i brak rzetelnej informacji wrocławianka powinna dostać zadośćuczynienie w wysokości 150 tys. zł. Ponieważ jednak podczas procesu firma ubezpieczeniowa lekarza wypłaciła jej już 30 tys. złotych, sąd zasądził 120 tys. na rzecz pani Anny.

Wyrok nie jest prawomocny, a wrocławianka złożyła apelację, bo sąd I instancji nie przyznał jej pieniędzy m.in. za dojazdy na dializy, leki czy koszty opieki, jakie poniosła jej rodzina.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  No  cóż  taka  sytuacja  nie  miała  prawa  mieć  miejsca  .  Zmarnowali  2  nerki  choć  o  nerki  trudno  i  narazili  dwie  osoby  na  poważne  komplikacje  i  dodatkowe  operację  .  Pacjenci  musieli  nadal  jeździć  na  dializy  .   Coś  okropnego  .                                                                                                                                                                                                gb

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz