2015/07/23

Prysznic. Humoreska z PRL-u

Tym razem coś z prozy! Emotikon smile
Z tomu opowiadań "Pod rękę ze Stańczykiem"
Prysznic.
Humoreska z PRL-u
Nareszcie upragniony urlop! Po długim namyśle, co zrobić z dwoma tygodniami lenistwa, postanowiłem że spędzę je nad morzem. Nie miałem co prawda zbyt wielkiego wyboru, ponieważ zarówno skromne środki finansowe jak i odległość do upragnionego wybrzeża ograniczały moje zakusy do atrakcyjnego spędzenia wolnego czasu. W ostateczności ograniczyłem się do załatwienia w zakładowej radzie skierowania i rezerwacji miejsca w jednym z naszych ośrodków wypoczynkowych nad morzem. Okazało się że dysponuje on tylko miejscami w domkach kempingowych o dość spartańskim standardzie. Ale co tam – rzekłem sobie w duchu – młody jestem i niewiele mi do szczęścia potrzeba! W wyznaczonym dniu spakowałem najniezbędniejsze rzeczy do plecaka i wyruszyłem na spotkanie z morską przygodą. Po dziewięciogodzinnej, nocnej mordędze w przepełnionym wagonie drugiej klasy, spocony jak mysz, głodny jak wilk, ale i ucieszony jak skowronek na wiosnę, wysiadłem wreszcie w miejscowości „L” na coś co z dużą dozą wyobraźni można nazwać peronem.
W kasie biletowej dowiedziałem się że ośrodek wczasowy, do którego mam zamiar dotrzeć, położony jest na drugim końcu miejscowości.
- To nie tak daleko – zapewniała mnie zezująca panienka w kasie biletowej pokazawszy mi uprzednio nieokreślony kierunek.
Po wyjściu z dworca wolałem jednak się upewnić co do tego kierunku i odległości i nieopatrznie zaczepiłem jedynego, stojącego w poobijanej Warszawie taksówkarza. Łypnął na mnie nieufnie z pod oka oceniając mój skromny bagaż i na tej podstawie również zawartość portfela i po chwili mruknął:
- Jak pan chce to mogę podrzucić. To w tamtą stronę, ale koło cztery kilometry.
Z bezbarwnym uśmiechem podziękowałem nie mając ochoty na żadne podrzucanie i ruszyłem w drogę wiedząc jak potrafią naciągać nasi taksówkarze w górach. Ale tutaj pachniało mi morzem!
Po półtorej godzinie solidnego marszu dotarłem wreszcie do upragnionego celu i zameldowawszy się w recepcji u wyzywająco umalowanej panienki świergolącej wyuczone na pamięć instrukcje, ruszyłem do wskazanego mi domku numer trzynaście. Nigdy nie miałem awersji do trzynastki, gdyż już od dawna stwierdziłem że jest dla mnie szczęśliwą liczbą.
Domek, a właściwie jego połówka okazał się rzeczywiście bardzo skromny. Dwie piętrowe prycze, tyleż szafek na ubrania, stolik i trzy krzesła, (nie wiem dlaczego) stanowiły jego całe wyposażenie. Ponoć miałem w nim mieszkać sam bo ktoś tam w ostatniej chwili zrezygnował z takich wygód, co mnie niewymownie ucieszyło. Poza tym w dawno nie wietrzonym pomieszczeniu unosiła się woń wilgotnej płyty pilśniowej i czegoś nieokreślonego jeszcze. Nie miałem ani czasu, ani ochoty zastanawiać się nad tym dłużej bo mój stan higieniczny też miał wiele do życzenia. Wypakowawszy więc niezbędne przybory, ruszyłem na poszukiwania miejsca gdzie mógłbym dokonać ablucji, czyli sanitariatów. W końcu natrafiłem na nie na drugim końcu ośrodka. To co ukazało się moim oczom dalekie było od tego co ludzie nazywają łazienkami! W murowanym bunkrze z szeregiem kabin z jednej strony a poobijanych umywalek z drugiej trudno byłoby domyśleć się szumnego miana łaźni i gdyby nie napis na drzwiach nigdy bym na to nie wpadł. Ponieważ umywalki mało mnie w tej chwili interesowały, całą uwagę skupiłem na badaniu stanu kabin. W pierwszej nie było sitka na sztywnej rurze a brud aż się lepił, więc od razu zrezygnowałem. W drugiej brakowało kurków, więc nie można było w ogóle puścić wody. Trzecia zamknięta była na głucho z kartką na drzwiach, na której ktoś napisał „ kabina zamkniona z powodu zadkanej rury”. Dopiero czwarta okazała się w pełni sprawna i nawet z czystą drewnianą kratką na podłodze.
Ucieszony tym odkryciem zrzuciłem przepocone skromne ubranie i puściwszy uprzednio wodę, która okazała się o tej porze dnia ledwie letnia, wskoczyłem pod orzeźwiający strumień.
Moje szczęście nie trwało jednak długo. Po jakiś dwudziestu minutach na zewnątrz dały się słyszeć czyjeś ciężkie kroki, którym towarzyszyło posapywanie. Moja wyobraźnia od razu podsunęła mi obraz misiowatego delikwenta o muskularnej posturze i niewątpliwie gburowatym usposobieniu. Jak by tego było mało, osobnik ten zmierzał niewątpliwie w kierunku kabiny, którą ja akurat zajmowałem. Moje przypuszczenia potwierdziło po chwili niecierpliwe szarpanie za klamkę i basowe pomruki niezadowolenia. Z namydloną akurat głową wrzasnąłem: - zajęte! – na co usłyszałem tubalną odpowiedź– A długo?
Już trochę grzeczniej poinformowałem tego za drzwiami że dopiero wszedłem i jak skończę to go wpuszczę. Odpowiedziało mi szereg nieokreślonych dźwięków o różnym natężeniu, które po chwili całkowicie ucichły.
Zadowolony tym że z sitka płynęła coraz cieplejsza woda, całkowicie straciłem poczucie czasu. Poddawałem się z lubością pieszczocie ciepłego strumienia wody, kiedy niespodziewanie przywołał mnie do rzeczywistości groźny i niecierpliwy pomruk zza drzwi.
- Panie, długo jeszcze pan będziesz się tam moczył? Żona na mnie czeka! Już pół godziny temu mieliśmy wyjść na plaże!
Przywołany gwałtownie do rzeczywistości postanowiłem na wszelki wypadek nawiązać z delikwentem za drzwiami pokojową konwersację.
- Trzeba było od razu tak mówić, to bym się ciut pospieszył. A pan szanowny to zawsze przed kąpielą w morzu bierze prysznic? – zagaiłem.
- Zawsze- odburknął głos za drzwiami już trochę bardziej pokojowo.
- Jak się domyślam dba pan o czystość naszego pięknego morza? – zapytałem bez zastanowienia. Dopiero po chwili zdałem sobie z tego sprawę że mogło to zabrzmieć jak kpina.
- Oczywiście. To z racji mojego zawodu. – padła pojednawcza odpowiedź.
- A czy można wiedzieć jaka to profesja?- zadałem sondujące pytanie, wycierając sobie równocześnie ręcznikiem nogi, nadal przekonany na podstawie tembru głosu o atletycznej posturze mojego rozmówcy.
W tym momencie wyobraziłem sobie chwilę opuszczania przeze mnie pomieszczenia z prysznicem! Otwieram wolno drzwi i rozpętuje się piekło! Nieposkromione tornado porywa mnie w powietrze, wiruję w zawrotnym tempie nie rozróżniając dyslokacji podłogi, ani sufitu. W trakcie tej karuzeli otrzymuję kilkanaście błyskawicznych ciosów, których olbrzymia siła skierowuje mnie z prędkością światła na wysokości lamperii w kierunku najbliższej ściany, na której to kończę swój lot tracąc na szczęście kontakt z otoczeniem i przytomność! W efekcie żadna reanimacja nie będzie w stanie przywrócić mnie do życia!
Z tej koszmarnej wizji wyrwało mnie jego stanowcze stwierdzenie:
- Jestem ekologiem.
Szczerze przyznam że zamurowało mnie w tym momencie! Na chwilę straciłem całkowicie panowanie nad tym co robię. Z nogawką spodenek, które to przez ramię usiłowałem założyć sobie na głowę, próbowałem jednak jakoś powoli dojść do siebie. Po chwili jednak opanowałem się i moja garderoba zajęła prawidłowe miejsce. Jednak nadal coś mi nie pasowało.
Jak to, przecież delikwent o takim zawodzie, który to nawet motylka stara się nie skrzywdzić, ma się zachowywać jak zawodowy bokser wagi ciężkiej? Nie, to wbrew wszystkim prawom natury!
Już po chwili, podbudowany tym stwierdzeniem, delikatnie uchyliłem drzwi ściskając dla pewności mocno klamkę i ostrożnie wyjrzałem na zewnątrz.
To co ukazało się moim oczom, było tak zaskakujące że aż nie możliwe!
Na przyniesionym nie wiadomo skąd krzesełku turystycznym siedziało indywiduum, którego nigdy bym się nie spodziewał ujrzeć! Chudziutkie, niemal przezroczyste, lekko łysiejące, w drucianych okularkach na wystającym, sinym nosie, w nieokreślonym wieku i co najwyżej metr pięćdziesiąt wzrostu, wpatrywało się to coś we mnie blado sinymi oczkami. Z krzesełka dyndały nie sięgając podłogi cieniutkie, lekko zakrzywione nóżki odziane w nieproporcjonalnie wielkie sandały o masywnych podeszwach.
Nie mam co prawda postury greckiego herosa, ale też jak na swój wiek nie jestem ułomkiem. Lecz to przed czym postawiła mnie rzeczywistość nie mógłbym spodziewać się nawet w najkoszmarniejszych snach.
Obawiając się ażeby obraz tego człowieka nie utrwalił się w mojej pamięci na dłużej, grożąc nieuleczalnymi koszmarami sennymi, z niemrawym uśmiechem wskazałem ręką na otwarte drzwi kabiny i bez słowa skierowałem się ku wyjściu. Na tyle mnie tylko było stać. Pożegnał mnie już przy wyjściu tubalny, niczym wydobywający się z głębin przepastnej studni głos.
- Dziękuję!
J. Sabat.
karykatura z sieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz